Wbrew zabobonom wyruszamy w piątek, 13 lipca.
...takie było nasze hasło przewodnie i odpowiedź na pytania kiedy startujemy w kolejną wyprawę.
Trudno oceniać czy to właśnie ten pechowy dzień, czy jednak standardowa procedura przedstartowa uazów, ale nie wszystko poszło tak jak planowaliśmy. W Bydgoszczy zorganizowane zostały kolejne Klasyki Nocą, co miało być jednocześnie imprezą startową naszej nowej przygody. Natomiast nie wszystkie nasze auta mogły się zameldować pod Łuczniczką, ponieważ Czarny już w pierwszej miejscowości za Tczewem napotkał problemy. Dokładniej pojawił się kłopot z pompowaniem paliwa, a więc szybka wymiana filtra, przepompowanie przewodu i ruszamy dalej. Po kilkunastu kilometrach znowu to samo, więc trzeba było dostać się do nowo wyrzeźbionego zbiornika i tam założyć siatkę zabezpieczającą, wyciętą ze starego filtra. Spotykamy się na stacji benzynowej pod Bydgoszczą, ostatnie przytulaski z najbliższymi i w drogę! Taaaak, prawie. Kolejny problem w Czarnym, skrzynia biegów i sprzęgło opóźniło nas o kolejne 1,5h, tym sposobem ewakuacja ze stacji nastąpiła 30 min po północy, a więc można by rzec, że tak na dobre wyruszyliśmy 14 lipca... chociaż to stwierdzenie „na dobre” warto wziąć w cudzysłów.
Na południe kraju docieramy już bez większych przeszkód, ale tam kolejne schody. Buhanka się troszkę obraziła i odmówiła udzielania energii elektrycznej niezbędnej do jazdy.. Były to wczesne godziny poranne przez co troszkę czekaliśmy do otwarcia sklepów motoryzacyjnych aby nabyć cewkę. Gdy to już się udało, okazało się że problem jest nadal nierozwiązany i trzeba zaholować auto do warsztatu na oddział chirurgii pourazowej w celu specjalistycznego leczenia. W tak zwanym międzyczasie pozostałe dwa auta pojechały z Częstochowy do Katowic gdzie mieliśmy odebrać kolejne paczki z zabawkami i pluszakami. Następnie udajemy się na poczęstunek do Bałagana cioci. Kurczaczki, kawka, pączki i wio, poszły konie po asfalcie. Popołudniowym przedwieczorem opuszczamy nasz piękny kraj i wjeżdżamy do Słowacji. Tutaj chcieliśmy troszkę przyjanuszować i oszczędzić parę monet na winietach niezbędnych do poruszania po drogach szybkiego ruchu. Tak też zrobiliśmy, co później okazało się kiepskim pomysłem – klasyk, przeważnie takie mamy. Niektóre odcinki dróg lokalnych przypominały jakością te, po których mieliśmy już nieprzyjemność przejazdu podczas zeszłorocznej eskapady. Na Węgrzech już nie powielaliśmy tego samego błędu. Spotkaliśmy tubylców, którzy bardzo ładną polszczyzną przytoczyli powiedzenie „Polak, Węgier dwa bratanki…”, a że do szabli nie musieliśmy stawać, zostały szklanki 🙂 dalsza podróż trwała aż do zmierzchu i zapadła decyzja o rozbiciu pierwszego obozu. Byliśmy już w Rumunii, chyba nam się należało, co? Nauczeni doświadczeniem wybieramy miejsce nad strumykiem u podnóża gór. Nocleg był też konieczny ponieważ byliśmy w odpowiednim miejscu, ale o nie odpowiednim czasie.
Przed nami trasa Transforgarska, którą trzeba przejechać w porze dziennej aby móc zachwycać się pięknem jednej z najatrakcyjniejszych przepraw w Europie. Oprócz nas w tym dzikim miejscu byli jeszcze jedni obozowicze – nasi tu są! Rano śniadanko, drobne naprawy aut, refreshing w rzece, gdzie stopy bolały z zimna zaraz po wejściu.. swoją drogą przydała by się nam, załogantom taka funkcja „odśwież” jak w przeglądarce internetowej.
A zatem mamy poniedziałek, 16 lipca.
Rozpoczynamy wspinaczkę po wspomnianej trasie, co dla maszyn było swojego rodzaju przedsmakiem (taką wersją demo) wyzwań, które czekają po drugiej stronie Morza, tudzież Jeziora Kaspijskiego. W Rumunii zabieramy też jednego autostopowicza, który widząc zwalniającego uaza przestał machać. Chyba chciał się wycofać, ale zgarnęliśmy starszego pana do fury. Niestety nie mogliśmy zamienić ani słowa bo nie szprechał po anglikańsku nic. Następny cel na mapie – Varna. Ale cóż to? Problemy na granicy? My? No jakże by inaczej. Powód? Brak zakupu winiet.. ale to nie tak, że nie chcieliśmy. Po dwóch próbach na stacjach po prostu zrezygnowaliśmy, no bo ile można stać w kolejce, żeby później usłyszeć że winiety skończyły się 3 osoby przed nami. Po dobrych negocjacjach Rafała z trójką pograniczników uiszczamy nieopodatkowaną opłatę w wysokości 100$ i możemy jechać dalej. W mieście, którego nazwa wielu osobom od razu skojarzyła się z winem (mimo że nie sięgamy po napoje alkoholowe, no chociaż te niskoprocentowe), przypinamy pineskę późno w nocy. Albo wcześnie rano, zależy jak na to spojrzeć. Przejeżdżając przez Bułgarię obowiązkowa była kąpiel w Morzu Czarnym. Warna była też drugim miejscem, gdzie rozbiliśmy obóz i to przy samej plaży, która od razu skojarzyła się z Trójmiastem. Po lewej stornie miasto ze stocznią, po prawej klify. Gdzieś tam środku mały imprezowy Sopocik. Tutejszy klimat dał się odczuć, przez cały dzień patelnia, żar tropików i pierwsze drobne poparzenia skóry. Korzystając z chwili czasu otworzyliśmy Barber shop, w którym pierwszym i jedynym klientem zdecydowanym usiąść pod Jarka golarkę był Robert. Z tym bujnym irokezem dostał nową ksywę - B.A. Baracus, (czyt. Pijej buhankus). Pakujemy manatki i kolejny krótki postój na Złotych Piaskach. Ostatnia szybka kąpiel i jazda. Ze stacji zbieramy kolejnych autostopowiczów. Dwóch chłopaków autostopem zmierzających tak jak my do Stambułu. Dwóch chłopaków z Polski. Przed nami kolejne setki kilometrów i wymęczeni noclegujemy na przedmieściach Stambułu, gdzieś na ulicy przy placu zabaw.
Środa, 18 lipca, Stambuł.
Największe miasto w Turcji na naszej trasie. Oczywiście nie mogliśmy odmówić sobie kilku godzin w centrum. Drugie tyle albo i więcej czasu zajął nam wjazd i wyjazd. Ogromne miasto liczące kilkanaście milinów mieszkańców, w którym trudno o miejsce parkingowe i zharmonizowany ruch na drogach. Zewsząd słychać dźwięki klaksonów mieszające się z turecką muzyką i pieśniami religijnymi. Mówisz Turcja, myślisz kebab, kawa, dywany, meczety. Ewentualnie jeszcze siad po turecku. Kawę sobie odpuściliśmy, ale oryginalnego kebaba już nie. Oczywiście nie zabrakło śmieszków doprawiających sobie danie Włocławkiem. Dalej spacer uliczkami, w witrynach sklepowych podziwiamy klasyczne dywaniki a na koniec część grupy wstępuje do meczetu, pamiętając o stosownym stroju. Kobiety pod przykryciami chust, natomiast mężczyźni w długich spodniach. Najedzeni, spakowani i niewypoczęci, ale za to pełni optymizmu uruchamiamy kompasy i ruszamy w kierunku Gruzji…
``Czacza, wino i pianino``
Od czasu opuszczenia Stambułu nasza podróż przebiegała z jednej strony bardzo monotonnie, z drugiej zaś była bogata w nowe znajomości, smaki, zwyczaje, widoki. Zaczęło się standardowo od zmian. Pierwotnie plan zakładał obranie kursu na stolicę i przejazd Kapadocją, ale kierowcy na nocnej zmianie podjęli decyzję o kierowaniu się bezpośrednio na Gruzję. Tym sposobem trasa prowadziła cały czas wzdłuż wybrzeża, gdzie po jednej stronie drogi mieliśmy morze, a po drugiej pasma niewielkich gór, za to bardzo bogato porośniętych rozmaitą, zieloną roślinnością. Po całodziennonocnej jeździe zrobiliśmy godzinną przerwę na polerowanie zębów, mały międzyuazowy prysznic i śniadanko bogate w trzydniowy chleb z Turystyczną i sosik tatarski. Mmmm delyszys. Międzyczasie dostaliśmy od tubylca minusa do dzienniczka za bujanie się po placu na gołej klacie. I mowa tu o facetach chociaż nasze dziewoje też nie grzeszyły skromnością i bogactwem okryć. Kilka kilometrów dalej zatrzymaliśmy się na zapitku czaju od przydrożnego czajmana. Przy jednym ze stolików śniadaniowała co najmniej trzypokoleniowa rodzinka turecka. Kiedy tak staliśmy nad kociołkiem Panoramixa w oczekiwaniu na herbę, podeszła do nas babuszka z owego stolika i przyniosła dwa talerze z posiłkami. Na jednym było pieczywo, na drugim bliżej niezidentyfikowane ruloniki, przypominające trochę polskie gołąbki, tylko 3x mniejsze. Była to chyba jakaś kasza zawinięta w liście.. czegoś. Smakowało całkiem nieźle i troszkę pikantnie. W zamian rozdaliśmy dzieciaczkom pierwsze pluszaki, zrobiliśmy pamiątkowe fotoszki i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Przed nami kolejne kilkaset kilometrów do pokonania. Był czwartek, od Stambułu pokonaliśmy ponad 1000 km bez snu w komfortowych warunkach, tj. na karimacie. Zmęczenie dało się we znaki i doszło do pierwszych zgrzytów. Część załogi chciała już odetchnąć od ciągłego hałasu i drgań pokładowych, rozbić obóz i odpocząć. Inni natomiast chcieli jechać dalej i wychillować dopiero w Gruzji. Po wymianie zdań i demokratycznym głosowaniu postanowiliśmy posilić się klopsikami z makaronem i po roszadzie człowieków między autami ruszyć dalej. Przed tym jeszcze zmiana koła w „Pustynnej burzy” bo złapali kapcia. Około godziny 2 w nocy meldujemy się na granicy, którą przekraczamy bez większych problemów po czasie 2,5 h. Dosłownie 5 km od granicy podbijamy do hostelu prowadzonego przez Karolinę, polkę mieszkającą w Gruzji od 6 lat. Bardzo klimatyczna miejscówka i atmosfera panująca sprawiły, że spędziliśmy tu 1,2 (jedną i dwie dziesiąte) nocy, bo tą pierwszą trudno uznawać za dobę skoro kładzie się spać o godzinie 6. Karolina od razu na powitanie przyniosła buteleczkę mocno schłodzonej substancji zwanej „czacza”.
W niedzielę z rana czteroosobową delegacją udaliśmy się po pomoc do wspomnianego człowieka imieniem Nukri, który oprócz tego, że zawiózł nas na bazar gdzie mogliśmy nabyć nową chłodnicę, ugościł nas winem i chlebem oraz zaprosił do siebie w pełnym składzie, po złożeniu auta. Tak też zrobiliśmy, Nukri chciał nas przyjąć do swego domu i zorganizować nocleg, lecz przez opóźnienie spowodowane awarią postanowiliśmy tylko skonsumować posiłek i ruszyć w dalszą drogę.
Na szczęści czekało na nas na obozowej polance. Przed blokiem zamieszkałym przez sympatycznego Gruzina uruchomiliśmy naszą kuchnię, Nukri przyniósł wino w tradycyjnej karafce i róg, z którego piliśmy. Gruzińskim zwyczajem jest wznoszenie toastu przed każdym przechyleniem kieliszka, tudzież owego rogu, dlatego doszło do wymiany szczerych uprzejmości i wzajemnych podziękowań. Wracając do kwestii gotowania na stole zbudowanego z opon i kawałka dykty, Karolina postanowiła dokonać samookaleczenia gorącą wodą i zbiczowania się gotującymi parówkami. Na szczęście skończyło się na delikatnym poparzeniu miejsc nadudowych kończących część plecną ciała. Nadszedł czas pożegnań i pościgu w stronę granicy z Azerbejdżanem. Gruzja była jednym z mniejszych państwa, które dotąd mijaliśmy, ale zostawiliśmy tu najwięcej czasu i cząstkę siebie. Dzięki uprzejmości i gościnności mieszkańców czas minął nam bardzo szybko i we wspaniałej atmosferze. W swojej karierze każdy z nas przekraczał już sporo granic. W pełni świadomi praw i obowiązków wynikających z przekraczania granicy, narobiliśmy chyba największej trzody ever, że do teraz zastanawiamy się dlaczego nie zamknięto nas za zniesławienie tego miejsca. Tylko Siupkę wzięto na „osobistą”, gdzie musiała tłumaczyć się z braku myślnika w nazwisku na wizie. Oczywiście, Siupka jak to Siupka, zaczęła bajerować głównego komandora bazy, potem jeszcze pograniczników i szczęśliwie zameldowaliśmy się na terytorium Azerów wczesnym rankiem, w poniedziałek 23 lipca…
„W Azerbejdżanie nic się nie stanie”
Z góry trzeba zaznaczyć, że wpis ten obejmie cały nasz pobyt w kraju zwanym niegdyś Kaukaską Albanią. Przy czym, po raz kolejny, „cały” nie oznacza streszczenia wszelkich akcji mających tu miejsce, bo po prostu pamięć RAM naszych głów jest za mała, żeby to wszystko spisać. A może trzeba by na bieżąco zacząć notować? Nieważne (no dobra ważne, weźmiemy to pod uwagę). Nawiązując do zakończenia wcześniejszego wpisu, pierwsze przejście graniczne na które zajechaliśmy było dostępne tylko dla pieszych, a zatem zawijka na pięcie i cofka 60 km do przejścia zwanego Czerwonym Mostem. Samo przekroczenie odbyło się bez większych problemów ale trwało ze 3 godziny. Następnie strzała w kierunku portu morskiego celem zorientowania się jak wygląda aktualny rozkład odpływu do Aktau. Professor Gul to transportowiec odpływający co jakiś nieokreślony czas, przewożący (o ile przemieszczanie czegoś na wodzie to przewożenie) głównie wagony kolejowe oraz samochody ciężarowe, a jak zostanie miejsce, to przy okazji również samochody osobowe na zasadzie kto pierwszy ten lepszy. Od granicy do portu jechaliśmy głównie drogą szybkiego ruchu, mającą po dwa lub trzy pasy w każdą stronę, więc mogliśmy sobie swobodnie zamulać od przy prawej bandzie. Dla „kotów” na pokładach naszych maszyn było to pierwsze zderzenie z klimatem, który ma nas czekać za Morzem Kaspijskim. Poza drogą widać było rozległe obszary piaskowo-skaliste z pojedynczymi krzewami, ale było przy tym trochę zabudowań mieszkalnych, zakładzików czy warsztatów. Kolorystycznie wszystko wyglądało do siebie bardzo podobnie, ponieważ minerały skalne są prawie jednobarwne, tylko o różnych odcieniach beżowego, żółtego i jasnobrązowego.
Przed bramą portu spotkaliśmy równie dziwnie wyglądające auta co nasze. Były to dwie fury osobowe biorące udział w międzynarodowym rajdzie Mongol Rally (o tym już sami możecie sobie wyguglować). Okazało się, że ich rajd jest w tym samym czasie co nasza ekspedycja, a że nie jest to małą organizacją prawdopodobieństwo spotkania kolejnych aut wzrasta, natomiast szanse na miejsce u Profesorka spadają. No jak nie, jak tak. Przybiliśmy sobie piąteczki na powitanie z „Mongołami”, gadu gadu i wyciągamy od nich info, że prom śmiga jutro, we wtorek rano. Zaproponowali nam wspólny hostel w oddalonym o ok 60 km Baku, natomiast my postanowiliśmy obadać coś tańszego w najbliższym otoczeniu. Przy okazji tankowania korzystamy z wyższych obliczeń matematycznych, wyciągamy liczydła i z wyznaczenia całki nieoznaczonej wynika, że litr oleju napędowego kosztuje 1 PLN. Oczywiście spodziewaliśmy się niewielkich cen za paliwo w kraju ropą płynącego, ale takie informacje zawsze są miłe. Ochroniarz posturą przypominający marvelowskiego Hulka wskazuje nam drogę do najbliższego miasteczka. Od samego wjazdu, do długiego czasu po wyjeździe, byliśmy w niemałym szoku zastanego widoku. Krajobraz przypominał ten kojarzący się z widzianymi w TV afgańskim Kabulem czy Syrią. Tyle że bez oznak wojny. Stare, walące się mury ogrodzeniowe, takie same domy a mimo to zamieszkałe przez rodziny. Starsi ludzie człapiący bez celu, młodzi biegający za podartą piłką. Małe wysypiska śmieci zlokalizowane gdzieś przy sklepie albo między domami oraz sporo pojedynczych odpadów, którymi hulał wiatr. W tym miejscu nie znaleźliśmy hostelu, ale mieszkaniec pokierował nas w stronę portu i zadzwonił do druha, który miał na nas czekać przy drodze. W każdym razie do miasteczka jeszcze wrócimy. Nawiązując do zakończenia wcześniejszego wpisu, pierwsze przejście graniczne na które zajechaliśmy było dostępne tylko dla pieszych, a zatem zawijka na pięcie i cofka 60 km do przejścia zwanego Czerwonym Mostem. Samo przekroczenie odbyło się bez większych problemów ale trwało ze 3 godziny. Następnie strzała w kierunku portu morskiego celem zorientowania się jak wygląda aktualny rozkład odpływu do Aktau. Professor Gul to transportowiec odpływający co jakiś nieokreślony czas, przewożący (o ile przemieszczanie czegoś na wodzie to przewożenie) głównie wagony kolejowe oraz samochody ciężarowe, a jak zostanie miejsce, to przy okazji również samochody osobowe na zasadzie kto pierwszy ten lepszy. Od granicy do portu jechaliśmy głównie drogą szybkiego ruchu, mającą po dwa lub trzy pasy w każdą stronę, więc mogliśmy sobie swobodnie zamulać od przy prawej bandzie. Dla „kotów” na pokładach naszych maszyn było to pierwsze zderzenie z klimatem, który ma nas czekać za Morzem Kaspijskim. Poza drogą widać było rozległe obszary piaskowo-skaliste z pojedynczymi krzewami, ale było przy tym trochę zabudowań mieszkalnych, zakładzików czy warsztatów. Kolorystycznie wszystko wyglądało do siebie bardzo podobnie, ponieważ minerały skalne są prawie jednobarwne, tylko o różnych odcieniach beżowego, żółtego i jasnobrązowego.
Meldujemy się w tanim hoteliku z prysznicem i klimatyzacją, a na terenie jest jeszcze pralnia, Bar i siłownia. Brzmi jak luksus, co? Nie do końca tak było ale nie możemy narzekać. Była bieżąca woda i chłód w pokojach, to najważniejsze. Przy Barze nas widziano tylko dlatego, że najlepiej tam odbierało wi-fi, a przy barze nie widziano nas w ogóle, ponieważ nie było tam nic oprócz mebli, plagi mrówek i mini stołu do bilarda. Nawet piwko, które nam zaproponowali, przynieśli z pobliskiego sklepu. Zatem zimny prysznic i chwila odpoczynku na wyrku po dniu spędzonym w temperaturze sięgającej 40 °C. Pranko ciuszków, powolny objazd wioski, sklepik i wieczór spędzamy na dworze w towarzystwie UAZów.
Wtorek zaczął się od informacji, że tego dnia jednak nie opuścimy Azerbejdżanu. Generalnie od poniedziałku cały czas byliśmy w kontakcie z Buhanką i obsługą portu co do terminu wypływu. Informacje potrafiły zmieniać się co godzinę ale ta o pozostaniu do środy była potwierdzona. Nie pozostało nam nic innego jak tylko opędzlować kolejną Turystyczną, pasztet i udać się na zwiedzanie stolicy. O tym mieście można by wiele pisać ale kontrast między Baku a resztą kraju jest ogromny. Pamiętacie jak po zeszłorocznej wyprawie mówiliśmy o kazachskim mieście Talas jako tamtejsze Las Vegas? W tym wypadku od razu miasto skojarzyło nam się z Dubajem. Warto wiedzieć, że ¼ populacje azerskiej zamieszkuje stolicę – to będzie jakieś 2,5 mln ludzi. Miasto bardzo piękne, zadbane, czyste i nowoczesne. Sporo parków, zieleni i fontann, ale też klimatycznych mniejszych uliczek wartych przespacerowania. Przeszliśmy miasto w promieniach słońca, a po skonsumowaniu dania z mięsa owczego udaliśmy się na ponowny spacer w tym razem w blasku sztucznego światła, które oświetlało prawie każdy budynek miasta. Wdrapaliśmy się na chyba główne miejsce widokowe, skąd zachwycaliśmy się ponownie panoramą miasta oraz trzema budynkami biurowymi, zwanymi płonącymi wieżowcami. Świetlne iluminacje na budynkach zmieniają się co jakiś czas, a niektóre są tak zsynchronizowane, że przedstawiają przesuwający się obrazek z jednego budynku na drugi i dalej trzeci. Ogólnie w mieście ludzie żyją na bardzo wysokim poziomie. Lexusów jak u nas Golfów, ludzie elegancko poubierani, nawet ci młodzi. Chociaż jeden młodszy mieszkaniec powiedział, że wcale nie jest tak kolorowo. Ludzie z niższych sfer czy bez znajomości, wykształcenia, mają problem w znalezieniu pracy. A sporo jest takich, których stać na postawienie swojego budynku, by po miesiącu go zburzyć i zbudować od nowa, wg troszkę innej koncepcji.
W każdym razie w dobrych nastrojach opuszczamy stolicę ale stało się. Kolejna awaria Ciuralli. Po otwarciu maski uleciała wielka smuga dymu, w chłodnicy woda bąbelkuje, kable popalone.. uruchamiamy procedurę holowania i już pod hotelem o 2 w nocy pierwsze próby naprawy podjął Rafał, ale bezskutecznie. Na wschód słońca Czarnym pojechaliśmy na pobliskie bagienne wulkany. No może wulkaniki albo gejzery. Po powrocie następuje holowanie auta do miasteczka, o którym było wcześniej. Otrzymaliśmy też info, że prom odpływa dzisiaj i najpóźniej o 17 powinniśmy stawić się w porcie, zatem napięcie rośnie. Rankiem też doszło do kolejnej sytuacji mającej wpływ na dalsze losy ekipy. Z przyczyn osobistych pożegnał się z nami Rafał, który udał się na samolot z Baku do Warszawy. W tym czasie Bałagan jeździł z lokalesami w furze poznanego Zdzicha poszukując uszczelek do głowicy i kabli zapłonowych. Zdajecie sobie pewnie sprawę, że kontakt na odległość jest utrudniony w miejscach gdzie nie ma wi-fi, więc nikt nie wiedział na czym stoi – czy zdążymy naprawić auto i wjechać na prom. Zaczęły się pojawiać opcje alternatywne w razie niepowodzenia. Nie czekając kolejnych 3 – 8 dni pewnie objechalibyśmy dokładniej Gruzję i Turcję. Aleeee, kolejne info z portu, obsuwa w czasie o kolejne 3 godziny co zwiększało nasze szanse. Po przyjeździe z potrzebnymi zakupami do warsztatu, czekała tam już reszta załogi. Na początku Bałagan zadbał jeszcze o odpowiednie zaopatrzenie dla rzemieślników i odwiedziła starszyznę i wodza plemienia. Jest godzina 16:30 i zaczyna się nierówna walka z czasem. Nierówna dlatego, że czasu po prostu było mało. Naszą siłą było za to co raz liczniej zbierające się grono osiedlowych „fachowców”, gdzie w punkcie kulminacyjnym w koło auta kręciło się chyba 15 ludzi. Jeden pod silnikiem, 5 pod maską i reszta zajmująca ławkę rezerwowych. Każdy człek od czegoś innego, a byli i tacy którzy po prostu przechylali kieliszek za pomyślność operacji. No a energetyka musieliśmy postawić, żeby poprawić jakość i wydajność prac. Z tą jakością to się okaże podczas dalszej trasy. Jak wiadomo muzułmanie nie piją alkoholu, ale to nie byli radykałowie chociaż znowu skarcono nas za chodzenie bez koszulki. No ale daj pan żyć.. No trudno, szacuneczek musi być. Ostatnią śrubkę dokręcono koło godziny 19, teraz punkt na który wszyscy czekali. Oba auta już zapakowane, gotowe do drogi, tylko odpalać i ruszać. A to psikus. Nie trybi. Jeszcze raz pod maskę, dawaj! Nic, trudno, dajemy na hol i cyk dwójeczka, odpalony. Euforia, szybkie podziękowania, zapłatku, suwenirki rozdane wcześniej. Jadziem!
W porcie meldujemy się za kwadrans wódziesta, yyy dwudziesta. I zaś kłopotki. Nie ma miejsc w kajutach dla załogi, możemy zostawić tylko nasze auta.. no to raz, raz szukamy lotów z Baku do Aktau, po chwili internety przestają działać, co robić?! Przekazujemy auta i dokumenty pod skrzydła Buhankowiczów i śmigamy na lotnisko. Tam się okazało, że najbliższy lot za 24 godziny, więc zakładamy mały obóz w terminalu między kawiarenką a McD. Finalnie prom wypłynął ok 6 nad ranem, a my po całym dniu prób odprawienia się i leżakowania w cieniu, wylecieliśmy do Aktau w czwartek, 26 lipca o 23:10…
„Różne stany świadomości”
… a godzinkę po północy byliśmy po drugiej stronie morza, mimo że lot trwał 50 minut. Hokus pokus, a konkretniej kolejna zmiana strefy czasowej. Większość pasażerów lotu to Kazachowie sprowadzający do kraju dobra materialne z lepszego świata w Baku. Z lotniska do Aktau zabrało nas dwóch kierowców, biorący za to 6 dolców każdy. Niedużo jak na 25 km przejazd ale prowadzącym nie spodobało się to, że płacimy w innej walucie, bo jak się później okazało w banku można minimum 100$ wymienić. No trudno, zostawiliśmy drobne za wycieraczką szyby i poszliśmy w swoją stronę.
Ogarnęliśmy hostelik kosztujący 15 zł za dobę, a po kilku godzinach snu poszliśmy na spacer po mieście oczekując na samochody. Pierwszym miejscem przez nas odwiedzonym był butik „Must have”, w którym dziewuszki przymierzały kilka typowych dla tego kraju ubrań. Następnie wymiana waluty, sklepik i na plażę. Przy wysokiej temperaturze marzyliśmy o kąpieli, ale finalnie pomoczyliśmy głównie nogi. Woda była brudna, bardzo zimna, a cała plaża cuchnęła rybami. Ale zimne piwko oraz znany nam już z przed roku „Garage”, czyli lemoniada na bazie spirytusu, były ukojeniem dla naszych spragnionych przełyków. Na kolację weszliśmy do małej stołówki pracowniczej, posmakowaliśmy różnych dań domowej roboty. Co prawda wszystko podgrzewane przez promienie elektromagnetyczne, ale było smacznie.
Koło 4 nad ranem przyjechała Buhanka. Sama. Łysy (Jarek) i Seba mogli wjechać naszymi autami z portu na prom, ale odebrać je z portu w Kazachstanie muszą właściciele. Chłopaki przekazują nam stos wszystkich dokumentów i pokwitowań opłat, instruują co dalej, a więc Paddy z Bałaganem mając przy sobie tylko dokumenty próbują odebrać maszyny. Było po godzinie 5:30 w sobotę, w pokoiku sześć okienek obsługi i jeden urzędnik tłumaczący nam, że on za chwile kończy zmianę i mamy czekać do godziny 9. Kimka na fotelu, zleciało się kilku pracowników oraz innych podróżnych próbujących popłynąć w drugą stronę. Niektórzy czekali na to już 9 dni, inni 11.. Teraz mogliśmy powiedzieć, że mieliśmy szczęście skoro prom z Baku odpłynął 4 dnia od czasu naszego pobytu w Azerbejdżanie. Urzędnicy krzątający bezcelowo po sali nie wykazywali chęci do pracy. Stali nad swoimi miejscami, gadali, oglądali filmiki i... zniknęli. W końcu ktoś się nami zainteresował. Jeden gostek zadzwonił po głównego dowódcę i ten zaczął wypełniać kolejne dokumenty. Po odbiorze aut mieliśmy już tylko zdobyć po 1 pieczątce w budce, przed samym wyjazdem, od tego samego człowieka co nam chwilę wcześniej pomagał. Przejrzał kolejne kwity, kiwnął negująco głową i wskazał, że wjeżdżali inni ludzie niż my.. W Azerbejdżanie nie musieli być właściciele pojazdu, a tutaj dziadzia mówi że jo. Pomamrotał też, że same problemy z nami, położył na stole monetę i mówi, że to dla nas na szczęśliwą podróż.. jasne było o co chodzi. Niestety (albo stety) nie mieliśmy przy sobie żadnych pieniędzy, to on do nas z tekstem, że chciałby zobaczyć nasze auta. Niezły cwaniak. Zanim sam sobie coś upolował to przygotowaliśmy mu paczuszkę w postaci t-shirta o rozmiarze S, zestawu do ping ponga oraz kilku smyczy na klucze. Done, możemy opuścić port. Cała przeprawa okazała się być bardziej kosztowna niż szacowaliśmy. Nawymyślali jakichś dodatkowych opłat bagażowych, postojowych, etc., na które trzeba było wydać sporo „zielonych”. Dobrze, że klimatycznej nie chcieli..
Reorganizacja w pojazdach po kontroli bagaży na promie i do Czarnego zrobiliśmy jeszcze zapasy ropy, ponieważ na drodze do, a także w Uzbekistanie może być z tym kiepsko. I tak koło południa ruszyliśmy w kolejną długą trasę, przebiegającą tylko przez stepy i pustynie. Nowi załoganci byli początkowo zachwyceni, ale później widok już stał się nawet dla nich monotonny. Trzeba też przyznać, że krajobraz pustynny był pozytywnie zadziwiający nawet dla powracających do tego kraju. Zupełnie inny klimat. Spore zróżnicowania terenu, a pojawiające się w nim wąwozy i wielkie kawerny przeplatały się z piaszczystymi pagórkami. We znaki dała się odczuć suchość powietrza powodując konieczność aplikacji odpowiednich płynów pod powieki. Ogólnie, jak na Kazachstan przystało, główna droga była w dobrym stanie. Inaczej było na ostatnich 80 km przed granicą, które przejeżdżaliśmy nocą. Dystans ten pokonywaliśmy w średnim tempie 20 km/h ze względu na fatalny stan dróg, nieprzystosowany do naszych aut (nie wiedzieli, że przyjedziemy? Nie mogli się przygotować wcześniej? Eeee?). Fragmentami było nawet tak, że dziurawa nawierzchnia kamienna czy bitumiczna pokryta była warstwą bardzo drobnego piasku. W konsekwencji mijających nas samochodów, zwłaszcza tirów, wyglądało jak byśmy jechali przez burzę piaskową. No super. Wspomniałem już, że do tego było ciemno? Na pocieszenie ostatnie kilka kilometrów jechaliśmy po nowobudowanej nawierzchni asfaltowej, oczywiście nieudostępnionej jeszcze do użytku. Po godzinie 5 nad ranem dojeżdżamy do granicy, która okazała się być cała w przebudowie. Charakterystyczne były napisy nad dwiema bramami prowadzącymi w stronę Uzbekistanu. Nad jedną napis „Good”, a nad drugą „luck”. Powiało optymizmem. Śniadanko przed płotem, w międzyczasie dojeżdża Buhanka i na grupowej wizie podjeżdżamy do pierwszej odprawy. Standardowo w autach tylko właściciele, reszta spacerkiem. Piesi spokojnie przeszli od granicy kazachskiej do uzbeckiej. Tam, polecono nam czekać na auta i przepuszczą nas w pełnym składzie poza kolejką. No Buhankowóz się pojawił, ale co z pozostałymi dwoma? Wtem, przybiega Bałagan po Łysego i Paddy’ego. Powieliły się problemy wynikające z przetransportowania aut promem. Wcześniej Natalii powiedziano, że za 100$ obędzie się bez dwóch wyżej wymienionych delikwentów. Łysy i Paddy wracają do Kazachstanu (mając już pieczątkę w paszporcie o jej opuszczeniu) i twardo przy swoim, że mamy wszystkie niezbędne papiery. Urzędniczka zaczęła je dokładnie przeglądać jak by szukała banknotu z podobizną Benjamina Franklina, spojrzała na nas z pogardą, coś pokserowała i pożegnała. Kierowcy do aut, a wezwani musieli przejść jeszcze raz przez to samo przejście graniczne tłumacząc się człowiekowi z innej zmiany, jak to się stało, że się tu znaleźli. Było ciężko i zajęło trochę czasu ale Łysy poradził. Ludzie przez granicę przewozili wszystko, od garów, kosiarek, po lodówki. Ponownie się udało, uzbeccy pogranicznicy byli bardzo mili i gadatliwi, a aut nie musieliśmy rozpakowywać. Koło 10 byliśmy w Uzbekistanie i tam zaraz do naszych aut podbiegło kilkoro tamtejszych oferując wymianę waluty. Później zaczęliśmy się zastanawiać po co, skoro przez 350 km dalszej trasy nie było nic. Może jedna stacja z LPG. Mocno w kość autom i załodze dał fatalny stan nawierzchni. Co chwile odczuwać trzeba było ostre hamowanie z zawrotnej prędkości 30 km/h i podskakiwanie ludzi w autach, a wewnątrz oprócz standardowego warkotu unosiły się niecenzuralne wiązanki. Przez ten niewdzięczny odcinek drogi to my potrzebowaliśmy odpoczynku psychicznego. Od granicy krajobraz był jednakowy. Płaskie, ciemnożółte do jasnobrązowych stepy skalisto-piaskowe porośnięte małymi, suchymi krzewami. Po przejechaniu jakichś 300 km zaczęło coś się zmieniać. Liczniejsze zabudowy, co raz więcej zielonej roślinności, wilgotniejsze i bardziej rześkie powietrze, lepsze drogi i powoli spadająca temperatura wpłynęło na podniesie komfortu jazdy. Zatrzymaliśmy się na drobne zakupy napojów i chleba. Zwłaszcza cola podniosła mocno morale, bo jednocześnie zimna, gazowana i słodka. Wcześniej w Aktau zrobiliśmy zapas wody i głównie ją piliśmy. Ciepłą, bez gazu. Ewentualnie wzbogacaną elektrolitami. W końcu rozbijamy obóz 400 km od granicy, za pierwszym większym miasteczkiem. Rankiem wszyscy zajęli się czynnościami szeroko pojętego serwowania. Dziewczyny zaserwowały śniadanie, a chłopaki serwisowali auta.
Poniedziałek minął wszystkim bardzo szybko. Plan był ambitny bo do Tadżykistanu zostało 900 km i właśnie tam chcieliśmy dopiero rozbić obóz i odpocząć. Oczywiście zamiary zostały zweryfikowane przez drogi. Przejechaliśmy może kilkadziesiąt kilometrów kiedy w Ciuralli pękł rura wydechowa i częściowo spadła trzymając się tylko na jednym uchwycie. Szybki demontaż, wrzutka na bagażnik i szukamy spawacza w kolejnej wiosce. Udało się to zreperować, a facet dorzucił od siebie kilka dodatkowych mocowań z wygiętego i dospawanego pręta. Przy okazji w Czarnym przymocowano słupek międzyokienny podpierający konstrukcję dachową. Później postój na przy miejskim po bieżące zaopatrzenie oraz kartę internetową, której zakup i uruchomienie to nie taka prosta i oczywista sprawa. Gdy jedni byli na bazarku, dwóch pozostałych wartowników musiało „radzić” sobie z kilkunastoosobowym tłumem przy autach. Radzić, to znaczy rozmawiać, opowiadać zdawkowo, uśmiechać się do zdjęć, itp. To miłe uczucie kiedy możesz poczuć jak gwiazda rocka na spotkaniu z fanami, ale trzeba też zachować ostrożność i spoglądać na pozostawione wartościowe rzeczy. Nigdy nie wiadomo. Na szczęście nigdy nie zdarzyło się jeszcze aby coś zniknęło. Napełniliśmy bukłaki wodą, miała być zdatna chociaż do mycia. W Czarnym pękła tylna osłona oświetlenia, którą mieliśmy zamiar skleić po opuszczeniu bazarku, aż tu nagle.. podbiega mężczyzna z bezbarwną taśmą klejącą i sam z siebie zaczyna kleić. Za chwilę było już przy tym 4 ludzi i po zużyciu połowy rolki taśmy spojrzeli dumnie na nas. Spasiba! Zauważyliśmy ciekawostkę, którą są poruszające się auta, a z nich około 70-80% jest, nie wiedzieć czemu, białego koloru. Kolejną przerwę zrobiliśmy na tankowanie i wymianę wcześniej wlanej wody, bo jej brązowy kolor nie zachęcał do spożytkowania. Podjechało do nas 2 podróżujących gości w Golfie, jeden był Polakiem, drugi Austriakiem. Następny odcinek przejeżdżamy po betonowej ekspresówce, postój na kolacyjkę przy posiadłości kazaskiej rodziny osiedlonej w Uzbekistanie. Seniora pytamy m. in. o stan dróg na dalszej trasie. Mówi, że normalne są. Ok, normalne dla tubylców oznacza dla nas kolejne dramaty. I oczywiście tak też było. Było już bardzo ciemno, więc widoczność przeszkód była ograniczona. W pewnym momencie, kiedy przejechaliśmy przez tak wysokie nierówności poprzeczne, że leżącą z tyłu Kasią zaczęło miotać po całym pokładzie zdecydowaliśmy się przekimać do świtu w autach i pod chmurką. Wtorkowym porankiem, po dokręceniu śrub mocowań bagażnika, ruszyliśmy w stronę granicy, do której zostało 540 km. Ten dzień miał polegać prostej i szybkiej jeździe do celu. Jeszcze przed snem w Ciuralli skończył się gaz, dlatego jechała na benzynie, jeszcze europejskiej. Szła jak trza, ale po kilku klockach od nocnej drzemki zbiornik się wyzerował. Zaś na hol i dopiero na trzeciej stacji było LPG, z tym że 200 m od niej zerwała się lina holownicza i uaza do koryta trzeba było doprowadzić siłą. Po kilku godzinach łapiemy wyciek płynu hamulcowego w Czarnym, z czym sobie szybko poradziliśmy. Szybko i doraźnie, ale skutecznie. Przejeżdżamy kolejne kilometry i kolejna awaria. Wystarczyło tylko zatrzymać się na poboczu w miasteczku by dokładnie zidentyfikować problem, a już mieszkańcy podbijali do nas z pomocą widząc maskę w górze. Jeden pojechał po uszczelkę do pompy sprzęgła, drugi w białej koszuli pchał się do roboty. W międzyczasie w Czarnym zainstalowano ogrzewanie, wysokie góry coraz bliżej. Około 5 km dalej odwiedzamy Polski Cmentarz Wojenny, na którym pochowani zostali żołnierze gen. Andersa walczący na wschodzie oraz więźniowe sowieckich łagrów, którzy zmarli w 1942r w drodze do Ojczyzny. Słońce wtorkowego dnia powoli zachodziło…
``Czy można już szybciej nie jechać?``
Do granicy z Tadżykistanem dotarliśmy 2-3 godzinki po północy, gdzie czekali na nas już Buhankowicze w pozycjach półśpiących. Rozrzuciliśmy swoje posłania na polu, a wczesnym porankiem stawiliśmy się w komplecie do odprawy i po ok. 3 godz. zostaliśmy wpuszczeni do ostatniego z nowych krajów na trasie „na słońca wschód”, w porównaniu z ubiegłym rokiem. Wydawało się, że kontrola na granicach Kazachstanu, Uzbekistanu i Tadżykistanu będzie bardzo skrupulatna i trudna do przejścia. Takie informacje można znaleźć w internecie, ale to chyba jest tak, jak człowiek próbuje sam sobie zdiagnozować chorobę, opisując wujkowi Google swoje objawy. Większość z nas bardzo cieszyła się z opuszczenia Ubzeku, ponieważ kraj ten nie zachwycił czymś nadzwyczajnym. Oczywiście, podkreślić trzeba otwartość i szczerość ludzi, którzy niejednokrotnie nieśli nam pomoc.
Do Tadżykistanu wjechaliśmy z dużym, nie do końca uzasadnionym optymizmem. Zaczęło się całkiem przyzwoicie od porządnej drogi do stolicy, położonej 60 km od granicy. W drodze do Duszanbe zrobiliśmy przerwę na posiłek i kąpiel w potoku. Woda był zimna, ale przy panujących temperaturach nie mieliśmy zamiaru narzekać, wręcz przeciwnie. Stolica to całkiem sympatyczne i rozwinięte miasto, ale bez większych fajerwerków. Kolejne zapasy wody pitnej i ruszamy na trasę M41, zwanej Traktem Pamirskim, albo po prostu Pamirem. Jechaliśmy prawie do samego zachodu, przed którym zalokowaliśmy się na jednej z polanek pośród gór. Wcześniej zakupiliśmy paletę jaj i cebulę, Natalia załatwiła szczypior z pola od pewnej babuszki. Oznaczało to długo wyczekiwaną i wykwintną kolację przy świecach. Dosłownie, bo kiedy Grażynki zajmowały się przygotowaniem jajecznicy, Łysy wypalał świece żarowe na kuchence. Jeszcze przed świtem Kasia zarządziła pobudkę i po porannej herbacie wystartowaliśmy. Przed nami kolejne wspaniały dzień, rześcy i wypoczęci załoganci oraz bezawaryjne auta. Sarkazm i ironia.
Czwartek, 2 sierpnia, za nami prawie 3 tygodnie, wg pierwotnego planu pozostało 10 dni na powrót. Do pokonania teraz najtrudniejszy odcinek jedwabnego szlaku, który ma ponad 700 km, a my w ciągu doby pokonaliśmy zaledwie 100 km. Pierwsze spowolnienia był skutkiem sesji fotograficznych. Załoganci wszystkich 3 aut wpadli w zachwyt pięknem górskich szczytów, płynących rzek i potoków oraz swojskich gospodarstw. Górskie pasma są tutaj bardzo malownicze, mimo dominacji brązowego koloru skał w różnych odcieniach. Tarasy położone są na różnych poziomach, a na nich pojedyncze gospodarstwa, zwierzęta hodowlane i te dziko żyjące. Jak to w górach, żyje tutaj wiele kóz a także osiołków, koni i krów. Woda w głównych nurtach rzek nie jest przezroczyście czysta. Znaczy się, nie jest zabrudzona przez człowieka, ale jej barwą przypomina szczurzą sierść. Chociaż, uprzedzając późniejsze widoki, były też rzeki seledynowe czy typowo bezbarwne, pod którymi widać było ułożenie głazów i kamieni. Jazda uazami ma to do siebie, że trzeba czerpać radość z tego, że po prostu jedzie. Zwłaszcza po tak trudnych terenach. Przejechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów i w Ciuralli pojawiły się problemy z tylnym mostem. Dojechaliśmy do jakiegoś mniejszego miasteczka i pomógł nam młody człowieczek. Tym razem nie pomógł nam bezpośrednio w naprawie, ale okazało się, że ma na podwórku niesprawnego uaza – buhankę. Pobraliśmy narząd z buhanki i zrobiliśmy przeszczep mostu do Ciuralli. W międzyczasie dziewczyny wybrały się do sklepu po narzędzie niezbędne do takich operacji – piweczko. A jakież było zdziwienie społeczeństwa kiedy do spółdzielczego weszły skąpo ubrane Aniołki Charliego, do tego zakupujące kilka „energetyków”. Operacja wymiany mostu została zakończona sukcesem już po zgaszeniu naturalnego światła. Za dnia nie przejechaliśmy wielu kilometrów, więc porwaliśmy się na nocny przejazd po górskich stokach. To była naprawdę trudna przeprawa nad przepaściami, gdzie miejsca czasem starcza dla jednego pojazdu (nasi rodzice woleli by pewnie tego nie czytać). Hmmm, może i dobrze, że stan dróg ograniczał naszą prędkość. Podczas nocnej przejażdżki trafiliśmy też na małe punkty kontrole, ze szlabanami i asekuracją żołnierską. Pograniczna kontrolna ruchów na szlakach między Afganistanem i Tadżykistanem. Jak by ktoś nie był zorientowany to te państwa nie żyją w najlepszych stosunkach. Zresztą, nie może być zdziwienia, mówimy tu o Afganistanie. Przejechaliśmy wcześniej wspomniane 100 km i dojechaliśmy do mniejszego miasteczka Qal’ai Khumb, gdzie bezskutecznie próbowaliśmy zdobyć lokalną walutę, której niestety zabrakło w banku. A z kolei w bankomacie nie mogliśmy wybrać ichniejszych pieniędzy. Generalnie problem jest ze znalezieniem bankomatu obsługującego karty Visa czy Mastercard. Z innych ciekawych obserwacji zauważyć można na trasie, że bodaj 80% aut przemierzających M41 to Ople Astry. Dobrze też mieć na pokładzie ludzi znających się na fizjoterapii. Kacha (hehe, Kasia nie lubi jak się do niej tak zwracamy) wytłumaczyła dlaczego ludzie czekając na coś, albo będąc w większej grupie, przyjmują pozycję kucającą. Postawcie sobie przed oczami wyobraźni obraz jaskiniowców spoczywających właśnie w takich pozycjach. Chodzi w tym o ergonomię ciała, lepsze to nawet niż siedzenie. Wracając do naszej podróży, to we wspomnianym miasteczku spotkaliśmy ponownie wcześniej wspomnianych ludków podróżujących Golfem.
Piątek był dniem bez jakichś spektakularnych akcji. Większość drogi jechaliśmy z zawrotną prędkością pozwalającą wrzucić drugi bieg. Tym razem i my mieliśmy okazję pomóc innym. Użyczyliśmy przewodów, jako przedłużacza między akumulatorem a pompką. Śmieszkowo wyglądał jeden z pasażerów zepsutego auta, który stał ze złączonymi przewodami w ręku pełniąc funkcję łącznika. Przed nami kolejna nocna jazda do większego miasta jakim jest Chorog. Już po zmroku łapiemy kolejną poważniejszą awarię, na szczęście skutki nie były jeszcze tragiczne. Odpadła jedna ze śrub mocujących łapę silnika, który się przesunął na tyle, żeby uszkodzić wspomaganie, ale na szczęście cały czas trzymał się na ramie. Szczęście w nieszczęściu było takie, że zadziało się to w małej wioseczce. Dwoje młodzieniaszków pomogło nam przepchnąć auto i wtedy w niewyjaśnionych okolicznościach zajechał busik. To było coś na zasadzie pit-stopu w Formule 1. Z auta wysypało się 5 ludzi, w tym jeden starszy zwany Masterem, zabrali się sami od razu do roboty, szybka akcja, silnik przytwierdzony, zapakowali się i odjechali. Jak by wiedzieli co i gdzie nam się stanie. Do Chorogu zajechaliśmy koło godziny 2 w nocy, tam wyciągnęliśmy w końcu nogi w namiotach. Rankiem chłopaki bawili się pod maską z układem wspomagania, a dziewczyny pojechały do miasta. Znowuż z większości bankomatów nie mogliśmy wybrać dolców, a przy jedynym zadowalającym nas bankomacie była kolejka jak stąd tam. Albo i dalej. Na pokład uaza wprowadziliśmy 13-letniego przewodnika, tzn. nie wprowadziliśmy go siłą, tylko sam wsiadł za zgodą opiekuna. Żeby nie było, że coś teges. W każdym razie chłopak chętnie chciał jechać z nami do Polski, mówił że musi się tylko spakować. Zakupy zrobione, chłopaka odstawiliśmy, a chwile potem wspólne śniadanko nad kanałem płynącym wzdłuż głównej ulicy. Właśnie jadąc tą drogą trzeba było uważać na dzieciaków przebiegających przez nią i wskakujących do wspomnianego kanału. Następnym zadaniem do wykonania na trasie było zlokalizowanie wulkanizacji, mieliśmy już dziurawe wszystkie 3 zapasówki. Cztery kapcie złapane przez jedno auto w trakcie całej wyprawy?! Niestety jednej opony nie dało się uratować (R.I.P.), ale za to załoga podniosła morale biorąc zimny prysznic obok zakładu. Cel na sobotę (sobotoniedzielę) to 310 km i miasteczko Murgob. Droga oczywiście nie rozpieszczała, a dodatkową atrakcją była wypadająca kierownica w Ciuralli. Po drodze rozdaliśmy kolejnych kilkanaście pluszaków. Zaskakujące jak dzieciaki czasem pojawiają się znienacka, a najbardziej zaskakują kiedy na prostej trasie pośród gór robimy sobie postój na siuisiu, a one nagle jak ninja wyłaniają się zza skał. W niedzielę, około 7 rano dotarliśmy do Murgob po bardzo zimnej nocy. Skoki temperatur są tak gwałtowne, że czasem trudno się do nich przygotować. Mapa wskazywała, że to całkiem spora mieścina, posiadająca lotnisko. Miasteczko wyglądało jak częściowo wyludniony obszar, gdzie większość budowli prezentowała się jak by była opuszczona. W rzeczywistości domostwa były zamieszkane, ludzie stawiali nowe glinianki, czyli z cegieł z wypalonej gliny przekładanych „zaprawą” gliniastą. Udało nam się znaleźć też spawacza. Półgodzinną robotę zespawania bagażnika wykonał w ponad dwie, więc zrezygnowaliśmy z przekazania mu dalszych zleceń. W czasie spawania rozdaliśmy kilka zabawek, by chwile po tym o całej akcji dowiedziała się cała wioska i zleciały się dziesiątki kolejnych „malczyków” z matkami i babkami. To nie pierwsza taka sytuacja kiedy nasze auta zostały osaczone, ale udało nam się jeszcze trochę zabawek zostawić dla innych dzieciaczków. Zabawne są ci 4-7 latkowie witający nas słowami: hello, how are you? Czy one są specjalnie szkolone do interakcji z turystami? W tej mieścinie potrzebowaliśmy też zalać benzynę, jako alternatywę do gazu, którego oczywiście nie było. Stacja to duży baniak z zupą stojący w kontenerze, a do niego zainstalowany tylko pistolet. Dlatego tankowanie u tego człowieka polega na zalewaniu kanistrów czy innych pojemników o określonej pojemności. No to w drogę, przed nami 200 km do Kirgistanu. Od Murgobu droga się poprawiła, ale na 25 km przed granicą czekało na nas wyzwanie. Droga w tym miejscu została przecięta i wypłukana przez płynący potok o dosyć wartkim strumieniu. Na szczęście nie było za bardzo głęboko, czego w sumie nie mogliśmy być pewni, ponieważ zadanie wykonywaliśmy po zmroku. A, i musieliśmy przez ten strumień kończący się dosyć niskim, ale stromym podjazdem, przeholować Ciurallę. Dobra robota, mission completed!
„W życiu piękne są tylko chwile”
Wyprawa do Kirgistanu w 2017 roku zajęła nam 3 tygodnie. Tam i na zat. Łapaliśmy wtedy awarie, które opóźniały nasze dotarcie do celu, aż do tego stopnia, że toczyliśmy wewnętrzną dyskusję nad powodzeniem tego zadania. Jedziemy dalej? Zdążymy? Zawracamy? A co jeśli…? Podjęliśmy ryzyko, którego później nikt nie żałował, mimo powrotu do domu z dwudniowym opóźnieniem.
Tego roku takie rozmowy też miały miejsce, ponieważ również traciliśmy czas głównie przez awarie uazów, a każdy z nas ma swoje zobowiązania w domu, w pracy, czy u weterynarza. Tego typu debaty miały miejsce jeszcze przed Pamirem. Ostatecznie powiedzieliśmy sobie, że nie możemy teraz odpuścić, byliśmy zbyt blisko celu a druga szansa na pokonanie Traktu uazem, z Polski, już się pewnie nie przytrafi. Wspomniany Trakt Pamirski to nie lada gratka dla pasjonatów podróży, przejazdów górskich, ale nam także bardzo zależało na ponownym (dla większości) zderzeniu z naturą kirgiską oraz jej ludnością. Warto było to zrobić i liczymy na to, że nasi przełożeni podejdą pobłażliwie do delikatnego opóźnienia w powrocie do pracy. No bo czym są 1-2 dni w porównaniu do planowanego miesiąca?
Opowiastkę zaczniemy chyba standardowo już od przejść granicznych. Pierwsza, tadżykistańska, przebiegła dosyć bezproblemowo, być może miało to związek z małym pliczkiem banknotów, który musieliśmy wręczyć. W innym wypadku mielibyśmy pewnie problemy, chociażby w związku z przewożeniem paliwa w kanistrach. Granica pośród gór nie była mocno rozbudowana, ale pogranicznicy za to bardzo gościnni, bo na kierowców w biurze czekała gorąca herbata i ciastka. A może za herbatkę wystawili nam ten rachunek? Do granicy kirgiskiej było kilkanaście kilometrów od tadżykistańskiej, a że cały czas holowaliśmy jedno auto, w dodatku nocą i w górach, to postanowiliśmy przespać się na ziemi niczyjej. Odprawa na wjeździe do Kirgistanu przebiegała bardzo spokojnie, do czasu kiedy to zabrakło prądu.. Po ponad godzinie przypomnieli sobie, że mają zapasowy agregat prądotwórczy. W pierwszym kirgiskim miasteczku doładowaliśmy paliwo, podreperowaliśmy pracę Ciuralli na benzynie i zalogowaliśmy się do pobliskiego hosteliku na nocleg. O tej miejscówce możecie zobaczyć materiał videło na naszym fanpejdżu. Miejsce bardzo swojskie i klimatyczne. Troszkę udało się zregenerować śpiąc m. in. na podłodze i myjąc się wodą z rzeki, którą należało sobie pobrać i przynieść. Wtorek zaczął się od zalania świec w Ciuralli i problemach z baterią w Czarnym. Obraliśmy kierunek na Osz, większą mieścinę do której mieliśmy 180 km. Osz jest drugim pod względem liczby ludności miastem, starszym nawet od Rzymu, a charakteryzuje się jednym z największych bazarów w regionie. Na bazarku można znaleźć wiele ciuszków, warzyw i owoców oraz (nie)świeżego mięsa. Mimo tego, nie udało nam się znaleźć tam pamiątek, ponieważ nie jest to miasto turystyczne, o czym może świadczyć fakt, że obrzucono nasze auta winogronami. W jednej z knajpek skosztowaliśmy smażonej baraninki podanej w postaci szaszłyka nabitego na bodaj 40 cm szablę. Z Osz planowaliśmy jechać do granicy bez dłuższych przerw, ale zmęczenie wzięło górę i nocą zatrzymaliśmy się na parkingu dla tirów, żeby pod przykryciem ciepłego powietrza zregenerować troszkę siły. Środowe śniadanie zjedliśmy nad pięknym jeziorkiem, a korzystając z dostępu do wody mogliśmy przeprać co nieco. Niedaleko nas wypoczywało pięcioro starszych mieszkańców okolicy. Trzech mężczyzn i dwie kobiety, dajmy na to w wieku emerytalnym, znający się jeszcze ze szkoły. Państwo zaprosiło nas do swojego obozowiska na poczęstunek, którym był gotowany baran, taki jeszcze nieoskubany z kości. Było mięsko, była słoninka, a żeby tak nie jeść na pusty żołądek to panowie wyciągnęli butelkę kirgiskiej wódeczki. Toczyły się rozmowy i porównania o życiu w naszych krajach, śmiechy, próby zamian naszych kobiet i z tamtymi babeczkami. Na koniec otrzymaliśmy w podarku po kawałku oczyszczonej kości baraniej, wraz z życzeniami aby pierworodnymi potomkami byli synowie. Kolejnym przystankiem była pewna przydrożna knajpa, w której jedliśmy rok temu. Cały czas miejsce wyglądem nie zachęca do odwiedzin, natomiast zupa spaghetti jest tam naprawdę smaczna. W okolicy tego bistro rozdaliśmy kolejne zabawki dzieciakom, przez co zostaliśmy zaproszeni przez jedną panią do jej domu sezonowego, czyli jurty. Jurta przypomina duży, okrągły namiot o średnicy ok. 6-8 m. Klasycznie jej konstrukcja jest drewniana, ale można też spotkać się już ze stalowym wykonaniem, które pozostaje na swoim miejscu do kolejnego ciepłego sezonu. Te drewniane są rozbierane. Ścianki są wykonane z filców, ocieplone różnego rodzaju pierzami. Wnętrze wykończone jest dywanami na ścianach i na podłodze. Najczęściej wewnątrz znajduje się jeszcze niski, kilkudziesięciocentymetrowy stolik, miejsca sypialniane na podłodze oraz piecyk typu „koza”. Tak jak budowa ścian jest w kształcie okręgu, tak konstrukcja dachowa jest stożkowa, a przez jej środek wychodzi komin tego pieca. Patrząc od wewnątrz na sklepienie dachu można dostrzec jego charakterystyczną konstrukcję, która jest odzwierciedlona na fladze Kirgistanu. Ot, taka ciekawostka. Piecyk ten jest głównie opalany zwierzęcymi, wysuszonymi odchodami. Jak wcześniej napisałem są to sezonowe domy ludzi, którzy w ciepłych miesiącach rozstawiają je w wysokich partiach gór, gdzie zajmują się głównie hodowlą zwierząt. Pani zaproponowała nam także tradycyjny trunek zwany kumysem, który od tysięcy lat uważany jest jako napój leczniczy. Niegdyś używany był nawet w polskich ośrodkach zdrowotnych, np. w Ciechocinku. Kumys to sfermentowane mleko zwierzęce, np. końskie, ośle, owcze, które w zależności od długości czasu fermentacji może zawierać bodajże od 1 do 3 % alkoholu. I tutaj kolejna ciekawostka, bo muzułmanom generalnie nie wolno pić alkoholu, ale kumys jest jednym z napojów tego typu dopuszczonych przez Koran. Obok niego jest jeszcze miód pitny. Smak sfermentowanego mleka, stojącego jakieś 2 tygodnie nie jest czymś rewelacyjnym, ale nie ma też tragedii. Trzeba pamiętać o pewnych zasadach i zwyczajach. Kiedy zostajecie częstowani kumysem, to nie ładnie jest odmówić skosztowania. Chociażby kilka łyków. Z drugiej strony kiedy opróżnimy naczynie do dna, jest to oznaką, że chcemy więcej, wtedy chwila nieuwagi i już mamy napełnioną miseczkę. Noo a wtedy znowuż trzeba wypić chociaż kilka łyków. Kilkadziesiąt kilometrów później zatrzymaliśmy się w miejscu, które bardzo mocno nas urzekło w zeszłym roku, gdzie wtedy po raz pierwszy doznaliśmy uroku Kirgizji. Wówczas zatrzymaliśmy się nocą na sen, a rano zaskoczył nas piękny widok zielonych gór, u podnóża których płynął strumyczek, a jego szum rozbijał się o kamienie. Nad tym strumykiem, pastwiły się konie i kozy, a w oddali było widać jurty. Do tego wschodzące słońce i obraz jak z obrazka. Paradoks, co nie?
Można uznać, że od tego momentu zaczął się nasz powrót do domu, mimo że wyścig z czasem trwał już od paru dni. Przejechaliśmy Pamir, zobaczyliśmy piękno natury Kirgistanu, wcześniej przejeżdżając jeszcze przez państwa europejskie i doznając dwóch światów Azerbejdżanu czy gruzińskiej gościnności. Ale to właśnie te dwa kraje azjatyckie, Tadżykistan i Kirgistan (ze wskazaniem na ten drugi) odcisnęły na nas największe piętno. Niestety znowuż nie wystarczyło nam dni na zobaczenie wszystkich miejsc, na których nam zależało, chociaż każdy przejechany kilometr budził podziw, euforię i zachwyt. Nawet najlepsze zdjęcia (ehh, o tym w kolejnym akapicie) nie oddadzą charakteru i uroku natury tych krajów. Można by tu wiele opowiadać, próbować opisać przyrodę, ale jeżeli lubicie klimaty górskie to państwa te są pozycją obowiązkową i bez cienia wątpliwości polecamy wybrać się właśnie tam. Niech świadczy o tym fakt, że niektórzy planują wybrać się do Kirgistanu po raz trzeci.
W nocy ze środy na czwartek wkraczamy do Kazachstanu, rozdając kilka giftów na granicy. No bo co zrobić jak kontrola podczas przeglądania auta pyta „a podarek jest?”. Coś się musiało znaleźć. Ogólnie, po raz kolejny bardzo miło i sympatycznie na granicy. Jakieś 20 km dalej dojechaliśmy do miasta Taraz. Zaczęło się sympatycznie, bo policjanci jadąc na sygnałach świetlnych zaprowadzili nas do bankomatu, później gostek obsługujący stację paliwową zaprowadził do nocnej jadłodajni. Tam niestety doszło do bardzo smutnego zdarzenia, ponieważ zostaliśmy okradzeni. Niestety, zmęczenie dało się we znaki, straciliśmy czujność, zabrakło koncentracji i z samochodu zniknął bardzo drogi aparat fotograficzny, który był głównym źródłem naszych materiałów foto i video. A może za bardzo zaufaliśmy ludziom? Kilka blogów wcześniej pisałem o tym, że w tych uboższych regionach, gdzie wokół auta czasem zbiera się kilku, kilkunastu ludzi, nic nam jeszcze nie zginęło. Tutaj wystarczył jeden młody szczyl, którego nie udało się nam złapać. Pocieszamy się tym, że co widzieliśmy to pozostanie w naszej głowie, ale trudno jest spamiętać te wszystkie piękne obrazy i przywołać je sobie przed oczami. Jest tego po prostu zbyt wiele. Poza tym, chcieliśmy się nimi podzielić z Wami, naszymi Obserwatorami. Postaramy się coś wykrzesać z drugiego aparatu i ewentualnie telefonów komórkowych. Po złożeniu zeznań ruszyliśmy w kierunku Rosji. Wyścig zaczął się na dobre, bo założyliśmy tryb jazdy całodobowej, z przerwami technicznymi i posiłkowymi. Do Rosji mieliśmy ponad 2200 km, a wiedzieliśmy jaki rodzaj drogi nas czeka. Ciągła jazda po prostej, wokół stepy i pustynie. Czasem przebiegające stada wielbłądów lub koni, od czasu do czasu też jakieś miasteczko, a z nieba panujący skwar i suchość powietrza. Jazdę urozmaicaliśmy sobie jak tylko było można, mając do dyspozycji bagaż i wyposażenie samochodowe oraz własną wyobraźnię. Jak zwykle najciekawsze rzeczy dzieją się w nocy. W Czarnym musieliśmy radzić sobie z uszczelnieniem układu hamulcowego, w Ciuralli pękła opona. W piątek koło południa pozostało nam 1300 km do granicy, aura na zewnątrz znacznie odmienna od tej dnia wcześniejszego. Zrobiło się chłodniej, nawet spadł niewielki deszcz, co wywołało małe zmieszanie na naszych twarzach. Na trasie pęka druga opona, co pewnie jest pokłosiem bojów jakie musiały stoczyć z drogami na Pamirze w naszych twardo zawieszonych autach. W sobotnie południe dołączamy do kolejki przed przejściem granicznym. Trochę pogawędek, opowiastek. Duża grupa słuchaczy po jakimś czasie wskazuje nam inną kolejkę, w której powinniśmy się ustawić i pomaga nam się do niej przedostać przestawiając i zatrzymując inne auta. Te ruskie to nie takie złe jednak. Granicę przekraczamy kierując się na Samarę, później odbijamy na Saratów i w niedzielę rano kierujemy się na Woroneż. W tym milionowym mieście zdecydowaliśmy się na szybki posiłek w jednej z fastfoodowych restauracyjek, bo uazowa kuchnia otwarta była dopiero wieczorem. Wieczorkiem przy drodze mignął nam przed oczami znak drogowy prezentujący symbol, o którym każdy marzył – prysznic! Zawijka na najbliższym skrzyżowaniu, instalujemy się pod budynkiem z sanitariatem i zaczęła się walka o kabiny prysznicowe z ciepłą wodą. Oczywiście wygrały kobitki.. w tym czasie skonsumowaliśmy też ostatni posiłek przygotowany na zapleczu uaza. Do Ukrainy wjechaliśmy nocą, a koło 9 rano dotarliśmy do Kijowa. Niestety, ubolewaliśmy nad tym, ale wiedzieliśmy, że nie odwiedzimy ulubionej knajpki na Majdanie, gdzie podają najlepszy na świecie tatar. Troje towarzyszy zdecydowało się na lot z Kijowa do Polski, ponieważ byliśmy już i tak spóźnieni a urzędy nie mają w zwyczaju czekać (przecież to my, obywatele, jesteśmy od tego!). Tym sposobem na pokładzie dwóch aut pozostało trzech kierowców, więc odpowiednio rozplanowaliśmy siły i na terenie RP byliśmy chwilę po północy z poniedziałku na wtorek, a w domach przed godziną 14. Idealnie pora na mamusiny rosołek.
Na koniec wypadałoby naskrobać kilka zdań podsumowania całej wyprawy. Czytając bloga można pomyśleć, że podróż bogata była w przygody, które determinowały kolejny ciąg wydarzeń. Owszem, tak było. Nasze długoterminowe planowanie kończyło się z każdą kolejną awarią, z każdą kolejną gościnnością i otwartością ludzką. Każdy przejechany kraj, region, miasto było na swój sposób wyjątkowe. W każdym z nas, gdzieś głęboko w duszy zalegnie pewnie inna, najważniejsza sytuacja, najważniejszy widok, najważniejszy człowiek z całych 32 dni perypetii. Dla kogoś będzie to krajobraz, dla innych widok rozradowanych dzieciaków po otrzymaniu zabawek, które przywieźliśmy dla nich, właśnie od Was. Komuś innemu zapadnie w pamięci obraz gwieździstej nocy podczas zasypiania pod gołym niebem, a jeszcze innym widok na podwozie uaza leżąc z „17” w ręku. Oby te obrazy i wspomnienia zostały jak najdłużej z nami, bo niestety sporą część materiałów straciliśmy. Oprócz tych wspaniałych chwil całe przedsięwzięcie ma też drugą stronę, ponieważ wyprawa była bardzo trudna i męcząca fizycznie i mentalnie. Aaaaale, co nas nie zabije to nas wzmocni. Przynajmniej niektórych.
Bez większego rozczulania, ale bardzo dziękujemy, że byliście z nami podczas tych 4 tygodni. Śledziliście nasze poczynania, trzymaliście kciuki i odmawialiście Zdrowaśki. Ogromnie dziękujemy też wszystkim, którzy chociaż w najmniejszy sposób pomogli nam i przyczynili się do realizacji celu.
