Image Alt

2019 Dzika Północ

kilka słów wstępu

DWA UAZY PO PÓŁNOCY

Dokąd można się wybrać starymi, zdezelowanymi autami? Do sołtysa po pomoc, do gospodarza po swojskie jaja, do lasu na terenowe manewry. Można też namówić przełożonego na 3-4 tygodniowy urlop i wyjechać do Azji Centralnej ocierając się o granicę z Chinami. Tak właśnie wyglądały nasze wyprawy w latach 2017 oraz 2018, gdzie pod hasłami kolejno ``Na słońca Wschód, bo szkoda Zachodu`` oraz ``Jedwabnym Szlakiem`` przejechaliśmy łącznie 27 tys. km, przemierzając przy tym przez 14 krajów i Morze Kaspijskie. Tak było, bez ściemy.

Tego roku obieramy inny kierunek i zmagać się będziemy z przełęczami górskimi w Norwegii w ramach trasy mającej na celu okrążenie Morza Bałtyckiego. Niemałym wyzwaniem dla nas będzie dotarcie na koło podbiegunowe, a dla naszych maszyn zapewnienie komfortowej temperatury w ich przewiewnych kabinach. Do tego Laponia, Obwód Murmański, Petersburg i wiele innych ciekawych miejsc przed powolnie wędrującymi dwoma UAZami po północy. Jak przy każdej wcześniejszej wyprawie całemu przedsięwzięciu towarzyszyć będzie pewien aspekt charytatywny. Tym razem postaramy się spełnić marzenie Julki, podopiecznej fundacji Mam Marzenie.

NA UAZACH DLA JULKI

To właśnie w spełnieniu marzenia tej młodej fanki m. in. Elsy, syrenki Ariel czy kucyków Pony zaangażowaliśmy się przy okazji organizacji naszego przedsięwzięcia wyjazdowego. Informowaliśmy wcześniej, że chcielibyśmy pomóc w realizacji marzenia podróżniczego, a takim właśnie urzekła nas Julia, która pragnęła wybrać się do świata bajek w Disneylandzie.

Polska - Szwecja - Norwegia - Finlandia - Rosja - Estonia - Łotwa - Litwa

POTOP SZWEDZKI

Dlaczego publikujemy dopiero teraz, po tygodniu wojaży? Spieszymy z wyjaśnieniem. Pierwsze 7 dni minęły pod znakiem awarii. A jeżeli już używamy słowa „pod” to pewnie wiecie, że to nieodłączny przyimek słowa uaz – pod uazem. A teraz po kolei i dość skrótowo pierwszy tydzień.

Zaczęło się oczywiście od wyjazdu z Tczewa do Gdyni, skąd zaplanowaną mieliśmy przeprawę tratwą do Karlskrony. Na wjeździe do portu pierwsze problemy organizacyjne, ale wrzuciliśmy to w koszty ogólne budżetu i zakotwiczamy na promie. Wśród załogantów pełen entuzjazm oraz dobre, częściowo poweselne nastroje, które towarzyszyły nam przez cały, spokojny rejs. Wieczorem, po postawieniu stopy na skandynawskiej ziemi montujemy maszty z flagami narodowymi oraz tczewskim herbem. Pierwsze wrażenie na trasie dosyć optymistyczne, ponieważ przez Szwecję prowadziły nas dobre jakościowo drogi, częstując już skromnie górskimi aspektami. Tak spokojnie śmigając planowaliśmy na poranek dotrzeć w okolice Oslo. Finalnie nie docieramy ani do Oslo, ani w wyznaczonym czasie. Szwecja dała się we znaki brakiem stacji LPG, co oczywiście skutkuje holowaniem „pustynnej burzy”. Później w czarnym zaczynają się problemy ze zmianami biegów i z buta na 4 biegu wjeżdżamy na stację paliw i rozbijamy obóz. W trakcie rozkładania pompki sprzęgła i wysprzęglika na czynniki pierwsze zaczyna padać deszcz i hasztagujemy to potopem szwedzkim. Między uazami rozwijamy dużą plandekę i właśnie przestaje padać deszcz. O ironio. Natomiast ze względu na męczący dzień rozkładamy pod owym zadaszeniem stoliki, krzesła i gramy partyjkę w chińczyka.

Przełęcz ocalonych

Kolejnego dnia (wtorek) około godziny 18 meldujemy się w Norwegii. Samo przejście zupełnie niezauważalne. Po prostu się tam pojawiliśmy. Później ze względu na pierwsze opóźnienia zupełnie odbijamy od pomysłu Oslo i tunelem o dł. 17 km przez zatokę odbijamy w kierunku Drammen. Dalej kierujemy się w kierunku Języka Trolla rezygnując znowuż z innych miejsc, które mamy w jakimś, nazwijmy to planie, do zobaczenia. I tutaj trzeba wtrącić takie didaskalia – tekst poboczny – hehe, mocne 3+ z polskiego. Nie możemy kierować się wyłącznie naszymi zachciankami i punktami z przewodników, które należy zobaczyć, ale musimy kierować się głównie na północ i to po trasie ze stacjami LPG ze względu na ich deficyt. Po drugie primo, na czwartek wieczór swój przylot do Alesund ma zaplanowany Rafał, kolejny z pasażerów czarnego. I tutaj cyk cyk wracamy do wątku. Język Trolla okazał się bardzo wymagającym punktem górskim dla laików trekkingu, spacerujących w jeansach i butach biegowych. Prawie 30 km trasa piesza po górach dała się we znaki na tylnych częściach pięt oraz na smarowaniu mechanizmu różnicowego kolan jednego z załogantów. Wieczorem, po zejściu z Trolltungi solidarnie postanawiamy, że zasłużyliśmy na pierwsze, zimne norweskie piwko. Po czym pytając o nie kasjera marketu zostajemy uświadomieni, że spóźniliśmy się o 5 min i po godzinie 20 nie ma opcji sprzedaży/zakupu. Na pocieszenie kupujemy zestaw 12 jaj po cenie 2 ziko za sztukę i szalejemy na miejscu kempingowy myśląc ciepło o Rafale, który tego wieczora miał przylecieć tylko z bagażem podręcznym pełnym zestawu do fotografowania, wzbogacanym elastycznym łącznikiem wału napędowego oraz nową pompką sprzęgła.

Zaraz będzie ciemno?

Przez cały czas mając problem z biegami staramy się przemieszczać na północ, nieraz tylko na 3 biegu od startu do mety. Rafał bardzo dobrze radząc sobie na autostopie śmiga w naszym kierunku i porusza się chyba z większą prędkością niż my w Jego stronę. Kiedy dzieli nas już tylko 70 km i krótka przeprawa promowa, musimy jechać żółtym, jedynym działającym autem, po Rafcia i długo wyczekiwaną pompę. Jeszcze dłużej Rafała, oczywiście. Kiedy dociera do nas późnym wieczorem do miejsca kempingowego najbardziej nieprzystosowanego do tego (takie lubimy najbardziej), otwieramy słoik nowych ogórków i po kolejnych trudnych godzinach, dniach, rozluźniamy atmosferę, która i tak jak na te trudne chwile była sprzyjająca. Następnego, sobotniego dnia śmigamy w kierunku pierwszej, krótkiej (15 min) przeprawy promowej przez norweski fiord. Niespełna 20 min płynięcia oszczędza nam ponad 100 km autami. Natomiast aby dostać się do tego portu musieliśmy pokonać chyba najdłuższy (tak, powinniśmy to sprawdzić), prawie 25 km tunel. Po drugiej stronie fiordu ustawiamy kompasy na kolejną stację LPG. W Sogndalsfjora musimy ściągnąć szczęki hamulcowe z prawego przedniego koła w uazie, które, zahaczając przy tym o fragment lodowca. AAAAaaa, żeby już nie edytować tekstu bo jest godzina prawie 24, należy wspomnieć o pięknej trasie widokowej Stalheimskleiva z wodospadem i 18% spadkiem podłużnym drogi. No zrobiło to wrażenie i na nas samych, ale oczywiście też na uazach, które potrzebowały wypoczynku. Po wcześniej wspomnianym lodowcu i stacji LPG śmigamy pod turystyczną miejscowość Stryn, skąd następnego dnia rano, skoro świt o godzinie 12 ruszamy na Drogę Trolli.

Trasa do tego miejsca usłana była kolejnymi przepięknymi krajobrazami wzdłuż wybrzeża fiordu, krótką przeprawą promową oraz sama Droga Trolli po raz kolejny zachwyca załogę, strzelamy milion pamiątkowych fotoszek, obserwujemy zjazd krętą i stromą drogą z perspektywy ptaka / drona i na naszej mapie obieramy kieruneczek na Trasę Atlantycką. Dzień kończy się rozbiciem namiotów nad Romsdalsfjorden. I tak dobiega finiszu nasz pierwszy tydzień wyprawy. Podsumowując krótko, jesteśmy jeszcze trochę w tyle, mimo że odpuściliśmy kilka ciekawych turystycznie miejsc wg przewodnika. Nikt nie ma z tego powodu żadnego żalu ponieważ krajobraz zachwyca na każdym przejechanym kilometrze. Dobra wiadomość jest taka, że działa już sprzęgło jak należy i (odpukać) możemy już kierować się na wyczekiwaną północ. Pogoda nas też rozpieszcza bo oprócz deszczowej Szwecji mamy tutaj codziennie słoneczną pogodę o 30⁰ temperaturze.

Od tego miejsca zaczyna się kolejny zbiór wydarzeń z ostatnich dni. Na początku powinniście zapomnieć o przedostatnim zdaniu poprzedniego akapitu, bo walka o jednostajną jazdę nadal trwała. Po ostatnim wspaniałym noclegu na samym wybrzeżu uderzamy w chyba najbardziej znaną trasę turystyczną na świecie, tj. drogę atlantycką. Ta urokliwa trasa ma ponad 8 km długości i prowadzi przez szereg mostów i grobli. Najatrakcyjniejszym obiektem jest most, na który spoglądając z odpowiedniej perspektywy można odnieść wrażenie, że jest ucięty w pewnym momencie. Coś jak wyskok dla narciarzy na skoczni. Na końcu zatrzymujemy się na parkingu, Natalka przypudrowuje nosek i udzielamy krótkiego wywiadu. Niestety, nagranie odbywało się na dyktafon, do lokalnej prasy więc przez poprawę makijażu tracimy niepotrzebnie kolejne 3h 😉

Po trasie atlantyckiej rozpoczynamy walkę z drogami E39 i E6, aby jak najszybciej dotrzeć do Bodo. Do przejechania ponad 900 km, które decydujemy się pokonać bez rozbijania obozów aby przyoszczędzić troszkę czasu. To znaczy, że kolejne dwie noce (choć bardziej odpowiednimi byłyby słowa „doby”) jedziemy do godziny 1-2 po północy, śpimy po 3-5 godz. w aucie i kontynuujemy jazdę. Trudno używać słowa noc kiedy kładąc się spać o godzinie 2 jest jeszcze widno, a budząc się o 6 jest znowu jasno. Dni polarne są bardzo interesujące, ale zdradliwie dla nas bo zupełnie tracimy poczucie czasu. W każdym razie na E6 przed Trondheim, dzięki radom uzyskanym od kolejnego z poznanych rodaków omijamy kontrolę jakości i sprawności pojazdów. No jasne, że nie dlatego, ponieważ nasze auta mogłyby nie przejść testów choćby wizualnych. To tylko dlatego, aby zobaczyć pobliskie wioski i życie zamożnych rolników. Dalej kierujemy się trasą na Narvik, aby jak najprędzej dotrzeć do celu.

Jednej nocy część załogi opanowuje domek / schronisko dla przejezdnych. Po drodze mijamy granicę kręgu polarnego znajdującego się na szerokości 66⁰33’39’’. W międzyczasie temperatura już znacząco spadła od wspomnianych 30⁰ w środkowej części Norwegii. W ciągu dnia mamy 10-15⁰, a w nocy spada poniżej 10⁰. Krajobraz znacząco inny od tego w okolicy fiordów, znacznie bardziej surowszy. Do tego jeszcze drogi troszkę gorszej jakości ale za to sporo się dzieje w rozbudowie infrastruktury. Po raz wtóry spotykamy grupkę Polaków z Elbląga, Ostródy i okolic. Rodacy uraczyli nas flaczkami i warzywkami, co znacząco podniosło morale po klasycznych kanapkach z mielonką i cebulą. No nie jest do końca tak źle z naszym menu bo obiadokolacje to akurat mamy na wypasie, choć niestety mięsa znajdujemy w tym śladowe ilości. To tak jak w składnikach dżemu porzeczkowego znaleźć ryby i orzechy. Po drodze do Bodo oczywiście kolejne naprawy i holowania, więc już lekko zrezygnowani w końcu postanawiamy podbić do jakiegoś warsztatu. Wcześniej sprawdza go żółty uaz, a czarny zostaje podholowany z miasteczka przez chyba 70-cio letniego śmigajacego na kładzie. Cóż za abstrakcyjny widok. Szczęście nam sprzyja i trafiamy do wiejskiego zakładziku, gdzie po wytłumaczeniu przez nas problemu otrzymujemy jedną, jedyną i ostatnią wskazówkę do sprawdzenia. Robimy co należy i z nadzieją w lepsze kolejne kilometry ciśniemy dalej.

W ostatnim mniejszym miasteczku przed Bodo dzieje się akcja niczym z filmu sensacyjnego z Vin Dislem czy innym Winem Dizelem, albo Danzelem. Kiedy tak kulturalnie wspinamy się swoim tempem 30 km/h, właśnie z góry zza łuku pędzi policyjny woldzwagen na sygnałach. Patrząc z ciekawością w lusterka dokąd tak gna ten nieposkromiony jeździec, ku naszemu przerażeniu zaczyna on zawracać, puszcza się za nami w pościg redukując bieg pewnie do drugiego. Przyczajony niczym radziecki szpieg snuje się tak za nami przez kilkaset metrów po czym sami zjeżdżamy na stację LPG. Obawiając się najgorszego, czyli dokładnej inspekcji technicznej auta, funkcjonariusz oznajmia nam, że zostajemy oskarżeni o … zbyt powolną jazdę. Pan Policjant nie znający w ogóle marki Uaz streszcza nam, że policja otrzymuje telefony ze skargami od innych uczestników ruchu. Prawda jest taka, że faktycznie spowalniamy ruch i co jakiś czas zjeżdżamy na bok aby odkorkować przejazd. Z drugiej jednak strony Norwegów można uznać za niedzielnych kierowców. Mają naprawdę wiele okazji do wyprzedzenia nas, a mimo to ciągną się z tyłu jak kondukt pogrzebowy. Każdy polski kierowca bez zastanowienia zrobiłby taki manewr Fiatem Uno z silnikiem 1.0. No nic, tłumaczymy gościowi jakimi wehikułami się poruszamy i po prostu nie mamy możliwości szybciejszej jazdy. Ten z kolei podaje nasze numery do centrum dowodzenia po czym oznajmia nam, że dostaliśmy immunitet i prawdopodobnie już nas policja nie będzie zatrzymywać pod zarzutem spowalniania ruchu. Potem jeszcze standardowe dmuchanko w gwizdek, wynik bezbramkowy 2x 0.0 i możemy jechać. Docieramy w końcu do portu, gdzie oczekując na prom spotykamy ponownie ekipę z Warmii, a także rozmawiamy z kilkoma innymi podróżnikami. Szczególnie spore wrażenie naszej akcji charytatywnej wywarliśmy na sympatycznej parce francuskiej, która postanowiła dołożyć kilkadziesiąt € do zrzutki dla Julii. Serdeczne Merci! Podczas prawie 4 godzinnego przepływu na Lofoty zmęczenie krótkimi nockami głównie w aucie dało się we znaki całej ekipie i wszyscy jednocześnie zostają odcięcie od baterii po czym przybijają gwoździa w bufetowe stoliczki. To na razie tyle, kolejna część dotyczyć będzie już samych Lofotów i Nordkappu. Czołgiem!

LOFOTY, NIEDŹWIEDŹ ALTAŃSKI I PÓŁNOC PO PÓŁNOCY

Przycumowaliśmy do portu w Reine w środę około godziny 18. Ale zacznijmy o tego czym w ogóle są Lofoty? To ponad 100 km długości archipelag na morzu Norweskim zbudowany z jednych z najstarszych gór na świecie, mniejszych wysepek oraz nielicznych fiordów. Z połączenia wcześniej wymienionych oraz prawie bezchmurnego nieba i dzięki temu swobodnie padającymi promieniami słońca, powstaje najsmaczniejsze ciasto krajobrazowe, którego nie można zamówić w żadnej cukierni. Charakterystyczne dla tego archipelagu były domki rybackie posadowione na drewnianych palach. Hmm może trzeba było zostawić taką sentencję na podsumowanie tego biuletynu? W każdym razie w dniu przybycia wspinamy się na najbardziej znany wierzchołek Reinebringen, skąd można podziwiać właśnie miasteczko Reine, a przy sprzyjających warunkach dostrzec nawet stały ląd Norwegii. Udaje nam się znaleźć nocleg pośród gór odcinających mocno wiejący ‘wiater’ (Pioter załóż sweter) i rozpracowujemy strategię na kolejny dzień. Wcześniej byliśmy w kontakcie z jednym z mieszkańców, posiadaczem podobnego Uaza do naszych. Zatem odwiedzamy Matiasa, który wskazuje nam kilka ciekawych miejsc i tras do objechania. Może jeszcze kiedyś Go odwiedzimy, może w Jego rodzinnych stronach gdzie spędza połowę roku. Z chęcią zobaczylibyśmy Argentynę.

Odwiedzamy pobliskie plaże, rozmawiamy z kolejnymi Polakami, maszerujemy przez pole minowe zastawione przez owce i kolejną trasą widokową uderzamy do Henningsvaer. Ohh łot a bjutiful plejs. Malutka, bo tylko pół tysięczna wioska rybacka, otoczone małymi wysepkami posiada najpiękniej położone boisko świata. Raczej trudno nazwać to stadionem, ponieważ brak jest trybun a ludzie oglądają mecze ze skał i zaparkowanych samochodów. Jak można się domyśleć samo boisko też jest na skale, w której wcześniej wyryto odpowiedniej wielkości plac. Rozegranie meczu w takim miejscu to byłoby coś, niestety tylko „powąchaliśmy murawę”.

Po rozbiciu kolejnego obozu, rozpalamy ognisko i dołącza do nas parka ze Szwajcarii, a później jeszcze Niemiec. Tak wesoło sobie biesiadujemy do około godziny 1 i udaliśmy się do namiotów tylko dlatego, ponieważ ktoś spojrzał na zegarek. Cały czas było jasno jak 12 godzin wcześniej. Kolejnego dnia bez większych przystanków kierujemy się w kierunku Tromso i 50 km przed miastem znajdujemy parking z toaletą i nieopodal spadającą wodą. To był wodospad wody górskiej, a nie tej z toalety. Sam wstęp do toalety też ciekawy bo trzeba było przeskanować kartę bankową, z której nie pobierano opłat. Chłodne powietrze wygnało nas już około 22 do namiotów, a termometr przed snem i nad ranem pokazywał 7 kresek. W sobotę podbijamy na godzinkę do Tromso, które jest największym miastem w północnej Norwegii. Tutaj żegnamy się z Marią, która musi wracać do Polski. Po chwili wzruszających pożegnań ruszamy w kierunku miejscowości Alta. Droga przebiega spokojnie z dwoma krótkimi przeprawami promowymi. Na trasie zahaczamy o kemping aby tylko skorzystać z prysznica i ciepłej wody. Tam spotykamy kolejnych naszych krajan. Jedni podróżują z Tolkmicka przez Finlandię i Szwecję, a dwie dziewczyny z Wrocławia wyczekują na rozpoczęcie nowej pracy. Podmyte paszki dodają nam +10 do witalności i z naładowanymi bateriami kierujemy się do Alta. To ostatnia miejscowość, w której możemy zatankować LPG przed Nordkappem, oddzielona od niego o ok. 230 km. Z tego powodu po przejechaniu 2/3 trasy na przylądek północny przeorganizowujemy nasze auta. Zbędny i najmniej wartościowy bagaż zostawiamy w żółtym, a resztę drogi w pełnym składzie pokonujemy czarnym.

Na ostatniej prostej, czyli Alty na Nordkapp spotykamy w końcu długo wyczekiwane stada reniferów. Pogoda, jak to w górach, zmienia się za każdym wzniesieniem. Mglisto, dżdżysto, deszczowo i wietrznie. A propos mgły to na trasie przejeżdża się przez tunel wybudowany pod lustrem wody, w którym możliwe jest jej występowanie. Doprawdy zaskakujące doświadczenie. Do naszej umownej mety docieramy w niedzielę, dwa tygodnie po starcie. Samo miejsce nie jest jakoś oh eh ah mega atrakcyjne do podziwiania, ale jego symbolika i świadomość dotarcia na jeden z krańców świata dostarcza wielu emocji. Na miejscu można zakupić pamiąteczki, obejrzeć film przedstawiający tamtejsze życie, skosztować gofra i kawy, czy też po prostu rozbić namiot na nocleg. My po kilku spędzonych tam godzinach, sesjach widełozdjęciowych i kilometrach podmuchów wiatru przyjętych na ciała, opuszczamy miejsce późnym popołudniem i jeszcze nocą rozpoczynamy ok. 3500 km podróż przez wschodnią stronę Morza Bałtyckiego do Tczewa.

A może nie? Może ten tytuł to kłamstwo, które miało zachęcić Was, milusińscy czytelnicy, to przeczytania ostatniego aktu sztuki podróżowania uazami, pełnego scen akcji i dramatu. Śmiechu i smutku poniekąd też.

A więc (zawsze chciałem publicznie rozpocząć zdanie od zakazanego „więc”, to jak wypowiedzieć imię Sami-Wiecie-Kogo z powieści J.K. Rowling) po opuszczeniu Przylądka Północnego zjeżdżamy międzynarodówką E69 nazat do Alty, bo tylko tam możemy zaopatrzyć Ciurallę w paliwo rakietowe spalane przy użyciu tetratlenku diazotu.

Przed startem w kierunku wschodnim nasze szeregi opuszcza Aleksei. Zaopatrzony w pakiet Gorących kubków oraz dwie Turystyczne postanawia udać się w samotną podróż jeszcze dalej nazat niż nasze nazat do Alty, a więc do Tromso. Do dziś pozostaje zagadką, czy Rosjanin w przeszłości przeszedł pod amerykańską banderę, został szpiegiem i obawiał się pościgu służb specjalnych KGB. W każdym razie pozostała ekipa wyruszyła w ponad 650 km trasę, na której końcu czekała nas dopiero kolejna stacja LPG. Oznaczało to kolejne 200 kilometrów holowania, z czego większą część zrobiliśmy w Finlandii, a resztę przed samym Murmańskiem. Ciągnięcie Uaza nocą, na 2,5 metrowej linie, po rozkopanej przez remont drodze, wywołało wydzielanie się endorfin i innych pozytywnych emocji, co pozwoliło z uśmiechem na ustach wjechać do największego miasta na tej szerokości geograficznej.

W rzeczywistości do miasta wjechaliśmy poniedziałkowym świtem, kiedy to panowała lekka mgła i szaruga. Na stacji delektujemy się namiastką mięsa w postaci hot-doga. Z perspektywy czasu drugi raz bym po to „danie” nie sięgnął, ale wtedy po 2 tygodniach vege-diety (umówmy się, mięso z puszki to nie mięso) smakowało wyśmienicie. Na ulicach przejeżdżały pojedyncze pojazdy, a osiedlowy krajobraz tworzyły wielkopłytowe blokowiska w stonowanych barwach. Oprócz nich panoramę tworzą zakłady przemysłowe, porty morskie i stocznie remontowe. W kilka godzin objeżdżamy miasto, strzelamy kilka pamiątkowych zdjęć i udajemy się w kolejny długi etap podróży.

Od Petersburga oddziela nas ponad 1300 km. O ile stan drogi na tym odcinku w większości był zadowalający, o tyle styl jazdy tutejszych jak co roku podnosi ciśnienie. Tym razem skończyło się tylko na złożonym lusterku u nas i na wyrwanym u ruska, który wyprzedzał nas z prawej strony. Bez zbędnej straty czasu i użalania się nad zepsutym zwierciadłem zagalopowaliśmy się w kierunku dawnej stolicy Imperium Rosyjskiego. Po drodze łapiemy bodaj pierwszą, aczkolwiek, yhm... planowaną (?) awarię w Pustynnej Burzy. Prawie doszczętnie rozleciał się łącznik wału, ale na szczęście Rafała skołował zapasówkę na szrocie będąc jeszcze w Polsce i zabrał ją do samolotu, o czym pisałem w „Potopie szwedzkim” (#Sienkiewicz). Przygotowując się do wymiany części musimy usunąć cały bajzel z kabiny auta, łącznie z fotelami i dywanem. Cała operacja trwała 4 godziny, przeszczep się przyjął, za co dziewczyny nagrodziły nas ryżem i sosem. Łącznie opóźnienie sięgnęło 6 godzin i około 23 w środę meldujemy się na kwaterze w Leningradzie.

Było to jedyne miejsce gdzie postanowiliśmy wynająć mieszkanko po 17 kolejnych nocach w aucie lub namiocie. Cały kolejny dzień planowaliśmy poświęcić na zwiedzeniu najważniejszych fragmentów, ale i to nam do końca nie pykło ze względu na ulewną aurę. Dopiero po zmierzchu mogliśmy swobodnie połazić ciutkę po mieście, więc to trochę mało jak na ponad 5-cio milionowe miasto. W każdym razie udało się zobaczyć kilka z symboli miasta. Dla jednych najważniejszymi miejscami były Emirtraż, Cerkiew Krwi – Sobór Zmartwychwstania Pańskiego czy najwyższy europejski drapacz chmur Lakhta Center, a dla innych stadion lokalnego Zenita bądź Rock Pub, którego gości przed wejściem wita sam Freddie Mercury. Miasto opuszczamy w piątek o 13 w samo południem, by jeszcze tego samego dnia wjechać do Estonii.

Na granicy klasycznie dajemy się we znaki mundurowym rosyjskim, kręcąc kółeczka od bramki do bramki, od kolejki do kolejki. Później, na granicy już estońskiej, przedłuża się weryfikacja oryginalności numeru VIN w Czarnym. Po kilkudziesięciu minutach zostajemy wypuszczeni i po raz pierwszy stawiamy bieżnik na estońskiej ziemi. Opowieść o przejeździe przez ten kraj będzie bardzo niedługa, ponieważ przez całe 260 km towarzyszy nam gęsta mgła, uniemożliwiająca jakąkolwiek obserwację krajobrazu. W Łotwie udajemy się do stolicy, gdzie zajeżdżamy wczesnym, sobotnim rankiem, a w tym czasie wielu mieszkańcom udzielał się jeszcze imprezowy klimat. Objechaliśmy rynek i starówkę, skąd przepędził nas policyjny patrol. Chyba nie wolno było tam poruszać się pojazdami. Z Rygi udajemy się w kierunku Kowno, dokąd od dłuższego czasu zapraszał nas Marius, właściciel bardzo klimatycznego Uaza 452. Razem z Mariusem spędzamy troszkę czasu przy naszych furach, licytując się która z nich jest najmniej sprawna. To byla nasz ostatnia zagraniczna przystań. Kolejny postój zaliczyliśmy już w Giżycku na obiado-kolacji, by potem wycisnąć resztki mocy i dotrzeć do Tczewa około godziny 2 w niedzielę. Za nami kolejny rok, tysiące kilometrów i kolejna wspaniała przygoda. Pomijając jakieś szersze podsumowanie całej wypraw warto wrócić do tytułu odcinka.

Hmm, najlepsze dopiero przed nami?
Dołącz do nas

obserwuj #nauazach

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit sed.

Obserwuj nas