Image Alt

2021 Albania

Polska - Słowacja - Węgry - Chorwacja - Bośnia i Hercegowina - Czarnogóra - Albania

Wbrew zabombonierkom wyruszamy w piątek 13-ego.

No okej, jeszcze raz. Podobny tytuł już się kiedyś pojawił w naszej historii, bodaj 4 lata temu (kto by to pamiętał, to było „kukiz” czasu temu). I właśnie wtedy początek naszej trasy na bliski wschód wyglądał bardzo podobnie. Wówczas, kiedy to śmigaliśmy na zwany w naszej ekipie „drugi Kirgistan” trasą Jedwabnym Szlakiem, też łapaliśmy pierwszy postój jeszcze przed splądrowaniem Żabki i opuszczeniem granic RP.

Najgorsze w najlepszym podróżowaniu UAZami z Tczewa na południe globusa jest to, że potrzeba wiele milionów sekund, aby wydostać się poza terytorium Polski. Mario i Luigi w prawo, a my prawie zawsze w dół. Przy ponaddźwiękowej prędkości przelotowej wyliczanej z całki podrzędnie pochodnej z kodu kreskowego napoju Frugo (audycja zawiera lokowanie produktu), każdy przejechany kilometr jest na wagę czereśni w sezonie (tak, tak, panowie, długość ma znaczenie).

Nie będę tu za dużo świrował o tym, że pandemia, że nie mogliśmy, auta niezaszczepione przeciw korozji, plany inne, etc. Jedziemy. Po dwóch latach od Nordkappu wyruszyliśmy w świat, chociaż w ubiegłym roku też świetnie się bawiliśmy i plądrowaliśmy wschodnie i południowo-wschodnie rejony Polski.

W 2021 roku nasz start z Tczewowa zaplanowany był nadzwyczaj skromnie. Oprócz waty cukrowej, uroczystego dolewania oleju do mostów oraz retransmisji koncertu grupy Pectus na rzutniku w kontenerze magazynowym, nie było przygotowanych więcej atrakcji.

Dobra, do rzeczy. Według założenia zaplanowane na godzinę 15 wystartowanie odbyło się 2 godziny później. Odcinek testowy krajówką do Nowych Marz przejeżdżamy bez awarii, więc tam pewni siebie i możliwości naszych aut śmiało wbijamy na bursztynową autostradę. Tutaj miejsce do popisu mają mniej doświadczeni operatorzy maszyn transportowych. Do pierwszego czekpointu w Knurowie pod Gliwicami docieramy o godzinie 14 w nocy. Na miejscu czeka na nas syto zastawiony stół, przy którym biesiadujemy przez dłuższą chwilę, gdzie supportują nas harnasie, kilka małych czarnych kofeinowych i naleweczki zalane na żołądki wypełnione firmowym daniem cioci Steni – u(ł)azankami. Po krótkiej drzemce, o godzinie 11 skoro świt wyruszamy w kierunku Budapesztu. Po przejechaniu całych 5 kilometrów łapiemy pierwszy nieplanowany postój, albowiem w żółtym doszło do awarii sworznia wybieraka biegów. Sytuacja została sprawnie opanowana przed wypiciem pierwszego pilsa i nałożeniem kar za eksploatację w Turowie. Przez Cieszyn, Żylinę i prawię całą resztę Słowacji prujemy klasyczne 66km/h bez większych przeszkód. Niektórym załogantom bardzo szybko ten odcinek minął załączając tryb teleportacji po zmieszaniu różowego kinleja z bocianem. Kilkanaście km przed granicą z Państwem orbanistycznym, dochodzi w czarnym do usterki mocowania wału napędowego, które na szczęście nie zakończyło się jego całkowitym urwaniem. Tego dnia, w sobotę około godziny 22 wjeżdżamy do stolicy Węgier i po nocnej przejażdżce przez całkowicie sympatycznie wyglądające, podświetlone miasto, dojeżdżamy do miejsca kempingowego i rozbijamy obóz. Niedzielny poranek rozpoczynamy od przeglądu i serwisu aut, po czym posilamy się kanapkami z mięsem (mielonka) i plejadą warzyw przy dominacji czarodziejskiego składnika – słyszeliście kiedyś o cebuli? Przed opuszczeniem Budapesztu wykonujemy jeszcze powolny objazd miasta, a potem ustawiamy busolę na Sarajewo, przecinając przy tym Croatię. Do pokonania mamy 550 km, rtęciowy termometr pokładowy pokazuje 37 stopni C, a pech chciał, że klimatyzacje w uazach trafił szlag. To będzie ciężka przeprawa, a przecież cały czas kierujemy się na południe. Lepiej nie będzie.

Oddalone o 550 km Sarajewo okazało się dla nas tylko kolejnym punktem zaczepnym na trasie w drodze do Czarnogóry. Na tym odcinku pojawiły się pierwsze szlaki i niewielkie serpentyny górskie do pokonania, oraz kolejne Usterki (#TVN#wolnemedia) – ponownie z bieg(unk)ami w żółtym. Do owianej historią stolicy Bośni i Hercegowiny (pierwszy raz nie jest to Bałagana wina) wlecieliśmy nocą z niedzieli na poniedziałek. Na mieście kręciło się bardzo wielu ludzi w okolicach pubów, barów i innych lokali dyskotekowych. Wygląda na to, że nie przeszkadzają im niedzielne balety, a co za tym idzie poniedziałkowe poranne kace (KC :*).

W blasku porannego słońca docieramy do granicy z Montenegro, przed którą spędzamy kilka godzin próbując odespać ostatnie 700km nocnej jazdy. W końcu docieramy do oczekiwanego Kotoru, ale przed tym sworzeń w żółtym wypada po raz trzeci.

Kotor to piękne miasto portowe położone nad Zatoką Kotorską na wybrzeżu Adriatyku, otoczone z trzech stron masywami górskimi. Zatoka posiada cechy norweskich fiordów i jest niekiedy określana jako najdalej położony na południe fiord Europy (source: łikipajdia). Postanowiliśmy tutaj przycumować nasze łaziki na 2 noce i trochę odpocząć. Pobudzająca niczym zapach napalmu o poranku pogoda, urozmaicona fauna w przezroczystej wodzie (jedni mówią o elektrycznych węgorzach, inni, że to były minogi), drineczki schładzane zdobytym ze sklepu rybnego lodem z mrożonek, przechowywanego w naszych garach w pobliskim spożywczaku i nasz kemping rozbity pod winoroślami 20 metrów od wejścia dowody. Warunki bytowe były co najmniej średnio-mocno sprzyjające. Wieczorem wyruszamy wycieczką do miasta. Zachwytów nie było końca, gdyż Kotor jest jednym z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast w południowo-wschodniej Europie, pełen zabytkowych budowli, a Stare Miasto otoczone jest średniowiecznymi murami miejskimi. Nocą weszliśmy na szczyt szlaku starego fortu skąd mogliśmy zachwycać się panoramą na prawie całą Zatokę Kotorską i oświetlone miasto. Podsumowując pobyt - takie mocne 2/10.

W środowy poranek śmigamy w końcu do docelowego kraju podróży tejże – Albanii. Gdy załoga żółtego auta bez problemu przejechała przez granicę, w czarnym robiło się coraz bardziej nerwowa atmosfera, kiedy to nie mogliśmy znaleźć zaginionego paszportu. Przed samym przejściem granicznym rozpakowaliśmy furę prawie na części pierwsze, a dokumentu jak nie było tak nie ma. Na szczęście wystarczyło pogranicznikom pokazać kartę podarunkową do Hebe oraz zdjęcie z Popusiem – samozwańczym królem Albanii – i można było przejechać na drugą stronę borderu. Zaraz za granicą na ostudzenie gorącej atmosferki wleciała zimna „Tirana” w modnym kilka sezonów temu kolorze butelkowej zieleni. Po tym kierowaliśmy się już do Szkodry. W mieście posililiśmy się regionalnym żarełkiem. Na talerze wleciała m. in., pljeskavica (czyt. pluskawica), jedna z najpopularniejszych bałkańskich potraw, czyli płaski grillowany kotlet przygotowywany z mieszanki siekanego lub mielonego mięsa wołowego, wieprzowiny i baraniny. Naładowani wspomnieniami z pięknego Kotoru oraz ostatnim restauracyjnym posiłkiem, nie do końca świadomi tego co przed nami, wyruszam w podnóża Prokletije – gór północnoalbańskich. Do tego miejsca, gdzie rozbiliśmy obóz jeszcze przed zachodem słońca, wiodła milusia asfaltowa nawierzchnia. Kolejnego dnia okazało się, że góry te zwane są Górami Przeklętymi i choć geneza tej nazwy jest zupełnie inna, to my je przeklinaliśmy ze względu na mocno offroadowy charakter nawierzchni. Cały odcinek nie był specjalnie długi 65 km ale przy prędkości przesuwu naszych aut wynoszącej 3-5 km/h, to jednak kawał czasu i drogi. Jazda uazami w takim terenie to ciągły gibanie się w kabinie z lewej strony na prawą w akompaniamencie dźwięków typu: hżt, zgrzt, skrrrrt, trzask, świst i innych przypominających przesuw kabiny po ramie auta, pracę reduktorów i napędu 4x4 oraz lament i modlitwy załogantów. Przejechaliśmy przez Dolinę Theth, gdzie sama wioska jest jeszcze bardzo naturalna, odizolowana od Europy i nieskomercjalizowana. Głęboka i wąska dolina ma bardzo dziki i naturalny charakter, a otoczona jest wszystkich storn surowymi skałami dwutysięczników. Mimo wąskich jezdni na szerokość jednego auta i stromych stoków górskich przełęczy trzeba podkreślić, że bezpieczeństwo ruchu drogowego na asfaltowej części trasy jest zapewnione przez nowoczesne i niewyeksploatowane bariery energochłonne. Tego dnia poznaliśmy także Ewę zu Beck, polską vlogerkę i podróżniczkę, która pozostawiła całe dotychczasowe życie na rzecz przemierzania świata autem przerobionym na „terenowy dom”. Zaczęliśmy licytację kto z nas jest „większym” podróżnikiem i Ewa musiała uznać naszą wyższość, kiedy na jej podróż do Pakistanu odpowiedzieliśmy śmiałym i pewnym głosem – Małdyty.

Najwyższa pora wspomnieć o nowym kocie w naszej ekipie. Piotrek z lekkim przerażeniem przejechał pierwszy odcinek testowy w Polsce, potem jeszcze kilkukrotnie prawie zszedł na zawał po ekstremalnych przejażdżkach przełęczami czy też po kolejnych awariach, ale ostatecznie okazał się być odkryciem roku. Kucharz, który nie boi się ubrudzić rąk pod uazem, wodzirej, dj. Multifunkcyjny, takich nam trzeba. Po tym ciężkim do podróżowania, mocno offroadowym dniu zorganizowaliśmy Piterowi Garbielowi urodzinową imprezę na zakręcie, a dokładniej na łuku górskiej serpentyny. Aaaaa, właśnie... kilka godzin prędzej, na którymś z poprzednich łuków, gdzie reperowaliśmy auta, zaatakowały nas dwa żuki! No, nie były to owadowe żuki gnojowe, tylko nasi ziomkowie znad Wisły w niebieskim i zielonym Żuku.

Po imprezie na zakręcie trudno było się pozbierać, zwłaszcza mając świadomość, że przed nami jeszcze kawałek tej bezlitosnej drogi i człapania na pierwszym biegu. No dobra, trochę też przez mikstury przygotowana w kociołku Panoramixa, albo w tym przypadku Gosi. Kiedy czarne, powolniejsze auto (nie, nie dlatego, że jest czarne – say no to racism!) człapało z tyłu, ci z żółtego wysłali fociaszkę przy ochładzających napojach w knajpie, ba, można śmiało to nazwać w restauracji pod nazwą „Mali i Shoshit”. Chociaż widok jaki tam zastaliśmy sugerowałby bardziej na nazwę „Mały i so shit”. Ewidentnie brakowało tam kobiecej ręki (i męskiej nogi), ale pragnienie można było ugasić. Kolejne obiadowy postój w głównej mierze przeznaczyliśmy na filtrowanie płynów ustrojowych (#goldenloch) oraz mocowania budy do ramy uaza. Tego dnia mieliśmy nadzieję zjechać już z trasy górskiej i wrócić na nawierzchnie asfaltowe. Przynajmniej takie padło hasło, chociaż nikt nie miał pewności, że to się może udać. Jednak w końcu ukazał się asfalt, wykrzykujemy chóralnie krótki wyraz euforii (jupi!) i jedziemy na spanko do Szkodry. Padliśmy na plecy jak te wspomniane wcześniej owady. Rankiem śniadanko na mieście, poszukiwanie nowego wysprzęglika w salonie merca oraz pompy wody do żółtego i jazda w stronę miasta portowego Durres. Na trasie dochodzi do mocnego „jebut” w czarnym – znowu urwały się śruby mocujące wał, który uderzył w podwozie. Zatrzymaliśmy się od razu na pasie awaryjnym drogi szybkiego ruchu, ściągnęliśmy wał, załamaliśmy się widokiem za barierkami i ekranami akustycznymi. Po prostu wysypisko śmieci. Jedni przyjeżdżają wywieźć swoje odpady, a inni przychodzili w nich pogrzebać i znaleźć coś przydatnego. Dramat i łzy w oczach. Wiążemy czarnego pod krawat i za żółtym śmigamy w poszukiwaniu kempingu, a było już po Zmierzchu (Saga – to u nas rodzinne), lina krótka więc jechało się nerwowo. Nawigacja prowadziła do kempingu, ale wjechaliśmy w puste pole i droga się nagle skończyła, a zawracanie niesprawnym autem jest dosyć utrudnione. Piter Garbiel miał już chyba tego wszystkiego dosyć, zabrał paszport, puszkę konserwy i pobiegł w długą. Na szczęście, Jego szczęście, wrócił. W końcu przy pomocy lokalsów udało się dotrzeć do cywilizowanego kempingu położonego nad samym Adriatykiem, niedaleko Okręgu Kavaja. Odczepiliśmy czarnego i delegacja w żółtym śmignęła na zakupy. Trochę casu minęło, oni nie wracają, a zamiast tego podjeżdża do nas tubylec w czarnym BieMDablju tłumacząc, że mamy wziąć linę, bo nasi stoją zepsuci gdzieś na poboczu. Sobota wieczór i dwa zepsute Uazy – tyle wygrać. Całe szczęści ten Jegomość z beemki okazał się na tyle sympatyczny, że zabrał naszych na zakupy oraz zaoferował pomoc w transporcie żółtego do mechaniora w poniedziałek, bo jak wykazała wstępna diagnoza awariował się silnik. Zatem w niedzielę korzystamy z pięknej pogody, relaksujemy się, opalanko, drineczki z lokalnego trunku Raki Rrushi, zabawy z frizbi w wodzie, podziwianie płonących wzgórz, w międzyczasie wymiana pompy wody w żółtym (ot tak, dla urozmaicenia dnia), a wieczorkiem organizujemy imprezę na pół ośrodka, gdzie podbijają do nas rodacy z różnych ekip. Znalazł się wśród nich zawodowy mechanik więc po kilku głębszych rozbieramy serduszko w żółtym i cyk – pasek rozrządu zerwany, głowica przekrzywiona, 4 zawory do wymiany. Chyba zostaniemy tu na dłużej… No i tak też było. W poniedziałek przyjechał albański przyjaciel z lawetą, a właściwie z przyczepą i najazdami, na którą musieliśmy wepchnąć żółtego. Naprawa wraz ze ściągnięciem potrzebnych zaworów z całej Albanii trwała do środy rana włącznie. W tym czasie zwiedziliśmy najbliższe miasteczko Kavaja oraz pojechaliśmy do Durres. Kavaja to niewielkie miasteczko, około 30 000 mieszkańców, z bardzo zaskakującą, abstrakcyjną architekturą. NYC to nie jest, myślę, że załączone zdjęcia wiele wyjaśnią...

Przez stratę tych kilku dni musieliśmy zrezygnować z dalszej podróży w kierunku południa Albanii i obrać cel na północ, w stronę domu. Na powrocie zatrzymaliśmy się jeszcze tylko na dwie noce w Chorwacji. Pierwsza miała miejsce w kompleksie hotelowym w Kupari, gdzie i tak spaliśmy po swojemu, czyli w autach i namiotach. No ale warto wiedzieć, że Zatoka umarłych hoteli to jeden z najbardziej okazałych pomników bratobójczej wojny domowej z lat 90-tych, gdzie. Kolejny dzień i nockę spędziliśmy w położonym niecałe 10 km na północ Dubrowniku. W piątkowy poranek, jak już udało się wystartować po odpowiednim umocowaniu silnika w żółtym, zaczął się ostatni i najdłuższy etap powrotu, w czasie którego przejechaliśmy jeszcze przez akurat ulewną Makarską. Potem jeszcze tylko amputacja jednego zacisku hamulca w czarnym na autostradzie w Czechach przy asekuracji policji i służb utrzymaniowych, którzy myśleli, że wymieniamy koło. Niedziela, 29.08.2021 godzina 04:10 – oto jesteśmy w Tczewie. Tadaam!

dołącz do nas!

OBSERWUJ NAUAZACH

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit sed.

Obserwuj nas