Image Alt

2015 Złombol

Polska - Czechy - Austria - Szwajcaria - Liechtenstein - Włochy

„Jak to się wszystko zaczęło”

Historię tą zacznę od krótkiego opisu co nas, grupkę przyjaciół połączyło oraz jakim sposobem wybór padł na UAZa? Było nas trzech a nasze drogi skrzyżowała pasja do motocykli sportowych. Ja - Karol, Tomasz – „BAŁAGAN” oraz Rafał – „MŁODY”. Zimą przełomu roku 2014/2015 mając niespożytkowaną energię oraz głowę otwartą na rzeczy szalone, przeglądałem popularny serwis streamingowy i natknąłem się na relację z akcji „ZŁOMBOL”. Nie zdążyłem obejrzeć relacji do końca i w ekscytacji podesłałem DM-a z linkiem do filmu Bałaganowi. Minęło może 5 minut i odczytałem wiadomość: „JEDZIEMY!!! Czy Młody już wie?”. Wysłałem druga wiadomość do Rafała i po chwili bez zawahania otrzymałem potwierdzenie.

W następnych dniach zadzwonił do mnie Tomek i powiedział, że wgryzł się w temat i musimy wybrać samochód, ale nie byle jaki. Wytyczne były następujące – ma być to pojazd, który nigdy nie ukończył Rajdu, czym bardziej nietypowy tym lepiej. Ma być harcdcorowo! Los widocznie tak chciał, że przedstawiając mojemu szwagrowi nasz pomysł na rajd, ten wspomniał o UAZ-ie. Nie mogłem skojarzyć co to za samochód więc Szwagier korzystając z dobrodziejstw Internetu pokazał mi jak wygląda ta radziecka myśl technologiczna. Ja natomiast niezwłocznie przekazałem ten pomysł dalej. To było jak objawienie. Szperając po Internecie znaleźliśmy niedaleko Bydgoszczy jeden egzemplarz, pustynny z wymalowanym pięknym Mustangiem na boku. To była miłość od pierwszego „spojrzenia ale w Internecie”. Oczywiście musiał okazać się niesprawny. Brak silnika to była lekka przeszkoda więc kontynuując poszukiwania obdzwanialiśmy ogłoszenia z całej Polski. Większość rozmów wyglądała tak samo. Sprzedawcy po usłyszeniu naszego planu wprost odradzali zakup. To było dla nas nowe doświadczenie (Ale jak to sprzedawca zniechęca do zakupu?!) Szokujące było to, że ludzie, którzy znali te sprzęt nie wierzyli że może on dojechać do Włoch. Większość była niesprawna i to w stopniu uniemożliwiającym powrót na kołach do domu, nie wspominając już o jakiś wycieczkach poza obręb naszego kraju. Ze wszystkich obdzwonionych ogłoszeń wytypowaliśmy dwa. Jedno w odległości ok 100km. Sprzedawca ostrzegał o problemie z hamulcami i ogólnym stanie pojazdu. Zapewniał, że auto jest na tyle sprawne, że dostarcza nim wodę na działkę. Z tym, że UAZ robił trasę 5 km. Był na szczęście jeszcze drugi. Oczywiście musiało trafić na punkt skrajnie oddalony od Bydgoszczy. Trafiło na lokalizację pod granicą z Białorusią. Sprzedający zapewniał, że jest to jedyny samochód, który ma szanse dojechać do Włoch i wrócić. Ma przecież silnik i skrzynię biegów z BMW. Przekonał nas! Zapomniał jednak wspomnieć, że w silniku puka lekko panewka. Po szalonym rajdzie powrotnym i sprawdzeniu osiągów oraz tego, że nie ma w nim odcięcia zapłonu, Bałagan osiągnął prędkość 110 km/h. Wracając zrobiliśmy przystanek pod Bydgoszczą i zaczęliśmy się zastanawiać czy jechać nim dalej czy zaraz wał zrobi nam dziurę w silniku. Szybka diagnoza – trzeba wymienić silnik. Zmniejszyliśmy prędkość i ostatkiem sił wróciliśmy na kołach. Był to nasz pierwszy sukces. Wprawdzie opatrzony potrzebą wymiany silnika, ale zawsze jakiś pierwszy.

Przygotowania do pierwszej wyprawy to wymiana silnika oraz skupienie się na walorach estetycznych, co na późniejszych etapach rajdu okazało się złym podejściem. Silnik de facto udało się kupić za 162 złote i 54 grosze. Jak? – spytacie. Znalazłem na popularnym serwisie ogłoszenie sprzedaży, które oscylowało w granicach tysiąca złotych, ale na negocjacje ceny i potencjalny zakup wybraliśmy się w trójkę. Każdy z nas myślał, że inny jest przygotowany finansowo. Na miejscu wyciągnęliśmy wszystko co mieliśmy w kieszeni i rozpoczęły się twarde negocjacje. Naszym zmaganiom remontowym towarzyszyły utwory twórczości Walaszka co zaowocowało nazwaniem naszego zespołu „Ciuralla Squad”. Każdy z nas otrzymał również pseudonim z bardzo popularnego komediowego serialu animowanego. W czasie przygotowań auta, do wyprawy zdecydowała się dołączyć jeszcze jedna osoba. Był to rodzynek w ekipie, gdyż załoga wzbogaciła się o płeć piękną. Nowym załogantem była Iwona, pseudonim „Kierowniczka”. Nie była osobą z pierwszej łapanki gdyż sama posiadała nietuzinkowego klasyka. Była właścicielką jedynej w swoim rodzaju Syreny Cabrio. Na koniec sekcji dotyczącej naszych przygotowań, poniżej znajdziecie krótki film i kilka zdjęć przedstawiający część naszych prac przygotowawczych.

Dzień 1

PIĄTEK 14.08

Start rajdu Złombol nastąpić miał dnia 15.08 spod katowickiego Spodka. Żeby mieć pewność, że dotrzemy na start odpowiednio wcześnie, wyruszyliśmy dzień wcześniej już w godzinach porannych. To znaczy wyruszyć mieliśmy gdyż pojazd nasz pierwszą awarię przeżył po zaledwie pięciu kilometrach. Z pomocną dłonią przyszedł nam mój Szwagier. W ruch poszła lina i zostaliśmy z powrotem zaholowani do Łabiszyna skąd ruszyliśmy. Okazało się, że łącznik elastyczny wału nie wytrzymał. Brak części pokrzyżował wczesny wyjazd i niezbędna była wizyta w okolicznym szrocie. W razie co nabyliśmy dwie gumy co w dłuższej perspektywie okazało się nie być takim głupim pomysłem. W późniejszym czasie okazało się , że nasz układ napędowy jest niewyosiowany. Pozostała nam wymiana uszkodzonego elementu i mieliśmy już ruszać dalej gdy naprzeciw, spod kościoła, wyszła świeżo upieczona młoda Para. Pod ręka mając linkę holowniczą nie musieliśmy się długo zastanawiać co robić. Polskim zwyczajem otrzymaliśmy podarek, który przydał nam się w tej długiej podróży. Z racji tego, że dzień wcześniej kończyłem okrągłe urodziny już po kilku kilometrach zaczęliśmy świętować a Iwona szybko awansowała na „kierowcę wyjazdu”. Przynajmniej do czasu, ale o tym w dalczej części historii. Trasa przebiegała dość szybko i w nastroju imprezowym. Zatrzymał nas dopiero brak paliwa na autostradzie w końcowej fazie zaplanowanej na ten dzień trasy. Zaskoczyło to nas w nocy. Byliśmy jednak na tyle blisko, że wykonaliśmy szybki telefon do cioci Tomka, gdzie mieliśmy nocować przed startem. Międzyczasie zaczęliśmy spychać auto z autostrady. Wykonaliśmy niełatwą procedurę przełączenia sprzętu na benzynę i z kulejącą pracą silnika dotarliśmy na miejsce docelowe.

Dzień 2

SOBOTA 15.08 - START

Noc była bardzo krótka. Po szybkim śniadaniu przygotowanym przez rodzinę Tomka ruszyliśmy na poszukiwanie gazu aby skrócić cierpienia naszego UAZ-a. Zapomniałem dodać wcześniej, że UAZ Ciuralla Squad uwielbia wyłącznie gaz. Niestety mały kanister benzyny od kosiarki wlany poprzedniej nocy nie wystarczył i odległość do najbliższej stacji nas pokonała. Pomimo drobnych porannych niedogodności dość szybko Tomaszowi udało się dostarczyć wystarczającą ilość paliwa na dojazd do stacji. Butla UAZa chwilę później została nabita do pełna. Jakiś czas później udało się osiągnąć pierwszy poważniejszy sukces, a mianowicie dojechaliśmy pod Katowicki spodek i odebraliśmy numer startowy. Na starcie poznaliśmy masę niesamowitych „wariatów”. Wymieniliśmy dotychczasowe doświadczenia i otrzymaliśmy masę ciepłych słów od innych uczestników. Poczuliśmy, że naprawdę możemy tego dokonać, możemy ukończyć Złombol. W końcu przyszedł ten moment na który wszyscy czekali i cała maszyneria spod Spodka ruszyła. Chwile po starcie przywitała nas ściana deszczu co w połączeniu z brakiem plandeki na dachu dało nam pierwszy pit stop na pobliskiej stacji. Euforia rozpoczęcia rajdu nie potrwała długo gdyż chwilę później pojawiły się następne problemy. Tym razem nie był to deszcz a problem z napędem. Czyżby nieszczęsny łącznik elastyczny wału się odezwał? Dobrze, że był zapas. Szkoda jedynie, że ostatni. Wtedy te skrzydła, które dostaliśmy na starcie zostały lekko podcięte. No ale cóż, trzeba było ruszyć dalej. Mimo naszych problemów staraliśmy się po drodze pomagać innym w naprawach. Nasz specjalista od mechaniki, „Spejson” czyli Rafał – Młody, pomagał na trasie komu tylko się dało. Prędkość, niesiona pomoc oraz problemy ze sprzętem spowodowały, że na pierwszy kemping w Wiedniu dotarliśmy jako jedni z ostatnich.

Dzień 3

NIEDZIELA 16.08

Poranek w Wiedniu rozpoczęliśmy od serwisu i ruszyliśmy dalej przez Austrię i Niemcy w kierunku Liechtenstein. Dzień zapowiadał się spokojnie. Kilometry uciekały a my podziwialiśmy górski krajobraz. Nic nie zwiastowało, że jeszcze tego dnia wydarzy się coś niespodziewanego. W godzinach nocnych natrafiliśmy jednak na zamknięty tunel a znaki objazdowe pokierowały nas na szczyt góry. To był pierwszy test możliwości UAZ-a. Deszcz, noc, strome i kręte podjazdy oraz światła oświetlające drogę niczym zapalone świeczki. Ja z Tomkiem z Tyłu, Młody na miejscu pasażera a Iwona jako kierowca. Okrutnie zmęczeni byliśmy drogą i znajdowaliśmy się w stanie półsnu. Droga w górę nie była problematyczna ale sytuacja zmieniła się diametralnie gdy osiągnęliśmy punkt kulminacyjny. Z czasem zjazd z góry był coraz bardziej stromy a UAZ nieznacznie nabierał prędkości. Z półsnu wyrwały mnie ponaglenia Młodego aby Iwona nie napędzała pojazdu i oszczędzała hamulce, które w oryginalnej konfiguracji można było bardziej nazwać spowalniaczami. Do wytycznych przyłączył się również Tomasz i atmosfera naprawdę zrobiła się nerwowa. Iwona instruowana była aby używać niższych biegów i hamować silnikiem. UAZ mimo to nabierał prędkości a ciasne zakręty coraz ciężej było pokonywać. Samochód rozpędził się do tego stopnia, że wszyscy zaczęli krzyczeć do Iwony aby ta zhamowała i stanęła. Nagle z miejsca kierowcy dobiegło zdanie „Ja nie mogę już hamować, one nie działają”. W tym momencie mina zrzedła nam wszystkim. Widząc co się dzieje (przepaść z lewej strony, skały po prawej) zacząłem krzyczeć: „Wal w skały”. Na to wszystko Młody złapał dźwignie hamulca ręcznego osadzonego na tylnym wale napędowym i zaciągnął do tego stopnia, że metalowa wajcha uległa wykrzywieniu. Auto przestało przyspieszać ale jednocześnie nie zwalniało. Trwało to jeszcze kilka dobrych sekund i poczuliśmy delikatną zmianę prędkości na minus. Walka trwała jeszcze dość długo ale auto w końcu zaczęło zwalniać. Młody walczył z hamulcem a Iwona walczyła aby mieścić się w ciasnych zakrętach. Gdy auto się zatrzymało wszyscy musieli dojść do siebie. Iwona była rozbita do tego stopnia, że nie była w stanie dalej prowadzić. Nie tylko tej nocy ale przez kilka następnych dni. Dojechaliśmy na kemping przy jeziorze Bodeńskim i tak zakończył się nasz drugi dzień od startu.

Dzień 4

PONIEDZIAŁEK 17.08

Dzień przywitał nas pięknym widokiem jeziora Bodeńskiego. Byliśmy już tak blisko wjazdu do Szwajcarii oraz Księstwa Liechtenstein więc nastroje również były dobre. Widoki, które czekały na nas tego dnia zrekompensowały trud dojazdu i małą ilość snu, a przed nami była przecież królowa przełączy - Stelvio. Mieliśmy odrobinę czasu na zwiedzanie i udało nam się nawet sprawdzić czy okoliczne byki reagują na czerwony kolor. Zdecydowanie był to zbyt duży wpływ kinematografii na rozsądek. Strome podjazdy na górzystym terenie spowodowały, że mocowanie naszego reduktora grzecznie pożegnało się z nami. Spowodowało to, że wisiał on praktycznie bezwładnie pod samochodem a generowane przez niego drgania sprawiały wrażenie, że zaraz coś odpadnie od auta. Sprawę zostawiliśmy jednak na następny dzień, czyli dzień podjazdu na szczyt Passo Dello Stelvio.

Dzień 5

WTOREK 18.08 - Meta PASSO DELLO STELVIO

Ruszyliśmy w kierunku zdobycia szczytu. Jadąc jednak w kierunku podjazdu zdawaliśmy sobie sprawę, że z luźnym reduktorem nie uda nam się wjechać. Stanęliśmy więc na stacji a nasz główny mechanik Spejson wszedł pod samochód. Spod pojazdu zdołaliśmy usłyszeć jedno zdanie „Załatwcie mi jakiegoś klina”. Nie myśląc wiele, Bałagan wziął z auta siekierę i udał się w kierunku innych stojących na stacji „Złomboli”. Widząc pieniek służący innej ekipie jako podpora pod samochód spytał tylko „Możemy pożyczyć na chwilę?”. Nie czekając zbyt długo na odpowiedź chwycił pieniek z bagażnika, postawił na ziemi i jednym ciosem siekiery odrąbał kawałek. Podczas gdy przygotowywaliśmy kliny dla Młodego, wokół pojazdu zrobiło się całkiem tłoczno. Inni uczestnicy widząc nasze prace byli w lekkim szoku. Sam musze przyznać, że nie do końca wiedziałem jak drewniane kliny mają pomóc wjechać na szczyt przełączy. Tomasz przygotował dwa kliny i podał Młodemu. Ten wbił kliny pomiędzy reduktor i ramę UAZ-a co spowodowało unieruchomienie reduktora. Co z ustawieniem? Co z osiowaniem? Nieistotne! Ważne, że możemy ruszać i zdobyć przełęcz oraz wrócić na metę. Później będziemy myśleć co dalej - pomyślałem. Tak też się stało. Nie było lekko, ale oszczędzając auto udało się wjechać na sam szczyt. Oczywiście nie bylibyśmy sobą gdybyśmy nie poszukali miejscówki poza standardową drogą aby przetestować reduktor przymocowany na drewniane kołki. Zapięliśmy więc wolne przełożenie na reduktorze oraz napęd na oba mosty i wyjechaliśmy poza standardowy szlak. Wspięliśmy się jeszcze wyżej korzystając z nieutwardzonych dróg. Zostało nam jeszcze zjechać z góry korzystając z naszych spowalniaczy. Nie mylić z hamulcami, gdyż nazwanie ich tak mijałoby się z prawdą. Nauczeni doświadczeniem z poprzednich dni i korzystając głównie z hamowania silnikiem udało się dotrzeć na metę, gdzie rozkręciliśmy niemałą imprezę. Impreza nabrała takiego temp, że zainteresowali się nią sami Carabinieri.

Dzień 6

ŚRODA 19.08

Poranek rozpoczęliśmy nietypowo. Oprócz standardowej akcji serwisowej związanej z dolewaniem oleju do mostów i reduktora, zająć musieliśmy się również usunięciem klinów i naprawieniem mocowań naszej skrzyni redukującej. Znalezienie spawacza oraz sprzętu spawalniczego nie było jednak jakimś wielkim wyczynem. Gorzej było z zabezpieczeniami na kempingu. Każdy dotyk elektrodą powodował spadek bezpiecznika na wyznaczonym stanowisku. Po trzech próbach straciłem cierpliwość i stałem już przy skrzynce rozdzielczej trzymając go w górnej pozycji. Udało się! Kilka minut pracy i Voilà, jesteśmy gotowi na Saint-Tropez (taki obraliśmy sobie następny cel podróży). Po drodze mieliśmy jednak jedną misję do wykonania. Nasz główny mechanik miał deadline na powrót do domu i musieliśmy dostarczyć go po drodze na lotnisko. Przecież wszystko się układa więc co mogłoby pójść nie tak. Ruszyliśmy w kierunku południowo zachodnim. Dzień jazdy zwieńczyliśmy awarią. Ponownie łącznik elastyczny wału. Siłą rozpędu zjechaliśmy na przydrożny parking, który okazał się miejscem postojowym klientów przydrożnej pizzerii. Poza pizzerią i kilkoma domostwami nie było tam nic co mogłoby nam pomóc w sytuacji awarii. UAZ sam wybrał za nas miejsce noclegu. Na zakończenie dnia udało się jeszcze wymontować łącznik po czym rozbiliśmy namioty. Wiedzieliśmy, że dzień następny będzie walką z czasem.

Dzień 7

CZWARTEK 20.08

Dzień rozpoczęliśmy skoro świt. Młody korzystając z całego zapasu trytytek wzmocnił łącznik. Nie mieliśmy innej alternatywy. Musieliśmy spróbować dostać się do najbliższej większej miejscowości. Potrzebny był nam warsztat lub sklep z częściami. Spakowaliśmy więc namioty, zamontowaliśmy wzmocnioną gumę na swoje miejsce i żółwim tempem ruszyliśmy. Kilka kilometrów dalej wjechaliśmy do miejscowości Rovereto. Chwilę później staliśmy już pod warsztatem, gdzie stało się coś wręcz niemożliwego. Okazało się, że warsztat prowadzi Polak i to wywodzący się z naszych stron. Kilka telefonów i już pewne było, że części nie uda się załatwić w ten sam dzień więc UAZ musiał zostać w warsztacie. Z racji zbliżającej się godziny odlotu nasz mechanik Krzysztof zaproponował podwózkę na miejski dworzec kolejowy. Nie znając rozkładu, bez biletu ruszył on w podróż pociągiem. Po drodze czekały go przesiadki i walka z czasem. Minutowe opóźnienie mogło skreślić jego wylot z Włoch a sytuacja była bardzo napięta. Została nas więc trójka i to bez członka drużyny, który najbardziej ogarniał mechanikę pojazdu. Nie chcąc marnować dnia dowiedzieliśmy się, że nieopodal jest jedne z najpiękniejszych jezior we Włoszech, Garda. Wróciliśmy więc do auta, wzięliśmy trochę rzeczy oraz jeden namiot i ruszyliśmy w poszukiwaniu transportu nad jezioro. Do Riva del Garda dotarliśmy autobusem i zamiast w pierwszej kolejności zająć się załatwianiem miejsca na kampingu skorzystaliśmy z innych dobrodziejstw tej turystycznej miejscowości. Gdy wieczorem ocknęliśmy się, że trzeba znaleźć miejsce noclegu a z baru wyganiają nas bo już chcą zamykać, znaleźliśmy się na ulicy w ulewie z namiotem pod pachą. W ulewie przeszliśmy kilka kampingów, ale wszędzie odmawiali nam przyjęcia bądź nie było już obsługi. Postanowiliśmy udać się w mniej uczęszczane przez ludzi miejsce. W nocy świecąc sobie telefonem, zaczęliśmy się wspinać po kamiennych podestach. Wspinając się Iwona poślizgnęła się i na domiar złego wpadła w nieckę wypełnioną błotem z której musieliśmy pomóc jej wyjść. Zrezygnowani, przemęczeni i przemoczeni, wspięliśmy się jeszcze kawałek i nie patrząc na okoliczności, rozbiliśmy namiot. Nie przeszkadzało nam nawet to, że nie mamy materaca a namiot znajduje się na kamiennym podłożu. Wtedy myśleliśmy już wyłącznie o tym, aby iść spać.

Dzień 8

PIĄTEK 21.08

Wcześnie rano obudzili nas krążący wokół namiotu ludzie. Jak się okazało, rozbiliśmy się centralnie na jednym z częściej uczęszczanych przez turystów punkcie widokowym na jezioro. Należało więc zwinąć się i zorganizować śniadanie oraz powrót do mechanika. Nie zrezygnowaliśmy z szybkiego zwiedzania miasta. Zakupiliśmy bilety i w godzinach wczesnopopołudniowych ruszyliśmy do mechanika sprawdzić jak się mają sprawy. Po godzinie 14 auto było gotowe do jazdy. Uścisk dłoni, podziękowania i czas kontynuować naszą przygodę. Ponownie skierowaliśmy się na południowy zachód i do wieczora udało nam się ujechać całe dwieście kilometrów. Około godziny 22 Iwona poinformowała nas, że dodaje gazu, obroty rosną a mimo to auto wytraca prędkość. Pierwsza myśl – skrzynia biegów. Dodatkowo towarzyszyły temu jakieś dziwne metaliczne dźwięki spod samochodu. Gdy doszło do awarii jechaliśmy akurat południową obwodnicą miasta Piacenza. Na obrzeżach miasta w pobliżu miejsca zdarzenia znajdował się popularny market budowlany więc tam siłą rozpędu naszego ponad półtora tonowego potwora udało nam się dojechać. Na miejscu dokonaliśmy szczegółowych oględzin. Początkowo nie mogliśmy tak naprawdę dojść co jest przyczyną. Łącznik elastyczny był w porządku i przekazywał moment obrotowy dalej na reduktor. Zaczęliśmy pchać go po parkingu i sprawdzaliśmy co się dzieje. Podejrzanie zachowywał się wał a konkretniej ta część, która powinna wchodzić do reduktora. Bałagan wszedł pod UAZa złapał za wał i wtedy wszystko spadło na ziemię. Mówiąc wszystko mam na myśli wał razem z naszym hamulcem ręcznym. Była to zarówno dobra jak i zła informacja. Z jednej strony to nic poważnego a z drugiej brakowało nam części, które się rozkręciły i wypadły po drodze. Wtedy też pozbyć musieliśmy się naszego awaryjnego, ręcznego hamulca. Skręciliśmy nasz sprzęt tyle o ile gdyż na parkingu w nocy dziwnie podejrzanie zaczęli interesować się nami tubylcy. Wsiedliśmy więc i ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu jakiegoś bezpiecznego miejsca postojowego. Ponownemu uruchomieniu pojazdu zaczął towarzyszyć metaliczny dźwięk nie do zniesienia spod pojazdu. Ujechaliśmy więc tylko kilkanaście kilometrów i stanęliśmy w pierwszym oświetlonym punkcie, który okazał się być cmentarzem małego miasteczka (Rottofreno). Wykończeni oraz z ograniczonymi możliwościami naprawy przez oświetlenie stwierdziliśmy, że czas na sen. Tak też przeżyliśmy swoje pierwsze nocowanie w życiu, na cmentarzu.

Dzień 9

SOBOTA 22.08

Po porannej toalecie sprawdziliśmy co dolega naszemu psującemu się bolidowi. Dokonaliśmy kilku testów przy cmentarzu oraz zdecydowaliśmy się kontynuować jazdę. Nie potrwało to jednak długo gdyż już w głębi miasteczka doszliśmy do wniosku, że nasze szanse dotarcia do założonego punktu docelowego jakim jest Saint-Tropez w obecnym stanie pojazdu są bliskie zeru. W tamtym momencie martwiliśmy się, że nie damy rady korzystając z obecnego stanu napędu w ogóle wrócić do kraju. Każdy kilometr zrobiony w kierunku naszego miejsca zamieszkania powodował zmniejszenie potencjalnych kosztów ściągnięcia uszkodzonego pojazdu do Polski. Zdecydowaliśmy się porzucić nasz dotychczasowy cel i zmienić kierunek na dom, po drodze zwiedzając ciekawe miejsca. Wpadliśmy na znakomity pomysł zrobienia z UAZa pojazdu przednionapędowego i w centrum miasteczka dokonaliśmy demontażu tylnego wału oraz montażu przedniego. Aby to w ogóle zadziałało musieliśmy przestawić reduktor na bieg terenowy. To natomiast dało nam możliwość dołączenia napędu przedniej osi. Napędu na obie osie powinno się używać jednak wyłącznie z małymi prędkościami, tylko i wyłącznie na biegach terenowych. My natomiast na siłę przestawiliśmy reduktor na bieg szosowy co w połączeniu ze zdemontowanym wałem tylnym stworzyło prawdziwego napędowego Frankensteina. Jako następny przystanek wybraliśmy Mediolan. Jeszcze tego samego dnia udało się dotrzeć na miejsce.

Dzień 10

NIEDZIELA 23.08

W Mediolanie skorzystaliśmy z dobrodziejstw zwiedzania miasta na jednośladzie aby nie męczyć sypiącego się UAZ-a. Mieliśmy też trochę więcej czasu aby wysuszyć rzeczy z przeciekającej terenówki. Kilka dni jazdy w deszczu oraz przeciekająca plandeka spowodowała, że woda skrupulatnie wdzierała się w głąb naszych bagaży. Mieliśmy trochę czasu na odpoczynek oraz zwiedzanie miasta. Zaczerpnęliśmy odrobiny piękna miasta w dzień jak również nocnego życia.

Dzień 11

PONIEDZIAŁEK 24.08

Nadszedł czas pożegnać Mediolan. Plan był taki, aby przedostać się na północną stronę Alp i skierować ku Polsce. Tego samego popołudnia przekroczyliśmy granicę z Szwajcarią a na kontroli granicznej zostaliśmy upomniani o obowiązku zakupu winiety umożliwiającej przejazd autostradą. Z racji tego, że nasza prędkość po ostatnim downgrade nie przekraczała 60km/h a portfele po wielu kilometrach i awariach uszczupliły się w znaczącym stopniu, to staraliśmy się wybrnąć z sytuacji i negocjowaliśmy potrzebę nabycia winiety. Tłumaczyliśmy, że zaraz zjeżdżamy z autostrady i będziemy korzystać z dróg lokalnych. Pogranicznik zawołał nas i pokazał wyjście z tej sytuacji palcem. Starannie śledząc jego gesty zobaczyliśmy palec, który wskazywał jednak przeciwny kierunek niż ten, który chcemy obrać. Nie pozostawiając nam wyboru zmuszeni byliśmy zakupić winietę. Skoro już wydaliśmy sporą część budżetu powrotnego to skorzystaliśmy z autostrady i ruszyliśmy dalej na północ. Leżąc na tylnej kanapie poczułem że UAZ zaczął nagle zwalniać mimo, iż obroty silnika pozostały niezmienne. Co znów? – pomyślałem. Kiedy zmieniałem pozycję usłyszałem tylko stwierdzenie „Awaria!” Nie myśląc zbyt wiele nałożyłem japonki na skarpetki i wyskoczyłem z samochodu. Podobnie zerwał się nasz Bałaganiarz. Szybka ocena sytuacji i wychodzi na to, że jesteśmy na autostradzie a konkretniej na estakadzie dwupasmowej, na zakręcie i to bez pasa awaryjnego. Każde puszczenie hamulca przez Iwonę powodowało staczanie się pojazdu gdyż dodatkowo znajdowaliśmy się na dość mocnym pochyle. Wrzuciliśmy więc pod koło to co było pod ręką, aby nie zostać przejechanym wchodząc pod pojazd. Tym czymś był podnośnik hydrauliczny pożyczony bez wiedzy mojego taty, także widniał na nim napis „Wróć do mnie”. Tomasz wręczył mi narzędzia i tylny wał napędowy a sam pobiegł machać innym uczestnikom ruchu aby w nas nie uderzyli. Wszystko to odbywało się na domiar złego w deszczu. Leżąc pod pojazdem i przykręcając wał jednocześnie modliłem się, żeby nic nie wjechało w jego tył. Płynące strugi deszczu wpadające za T-shirt ale w tamtej chwili nie zniechęcały do szybkiego obracania grzechotką. Kończyłem przykręcać część do tylnego mostu i usłyszałem dźwięk lecącego i hamującego obok mojej głowy samochodu marki Porsche, któremu na szczęście udało się ominąć nasz pojazd. Prędkość jednak była niesamowita a dźwięk przerażający. Tylna część wału załapałem na dwie śruby więc czas było przymierzyć przód. Podczas przymiarki z wału wyleciał olej zalewając mi całą twarz i wpadając w oczy. Po tej akcji straciłem cierpliwość, wyskoczyłem spod samochodu krzycząc, że mam tego dosyć i idę wzywać pomoc. Widząc mnie zmierzającego do budki z telefonem alarmowym Tomasz zapewnił mnie, że po tym zgłoszeniu nie wyjdziemy z więzienia. Gdy zjawi się policja i zobaczy co robimy oraz stan auta to tutaj w Szwajcarii, gdzie kropla oleju na asfalcie jest ekologiczną katastrofą, nie puszczą nam tego płazem. Zaproponował zmianę i sam wskoczył kończyć prace naprawcze pod autem. Ja wyglądając jak bezdomny, brudny od oleju, w deszczu, w japonkach wrzynających się z skarpetki, machałem na autostradzie w nadziei, że damy radę ruszyć zanim spotka nas coś poważniejszego. Po chwili usłyszałem „Mamy to” Bałagan wyskoczył spod UAZa, spakował narzędzia i wskoczył za kierownicę. Następnie odpalił sprzęt aby sprawdzić czy wszystko działa. Gdy auto ruszyło ku zdziwieniu Iwony i moim, nie wyglądało na to jakoby miało się zatrzymać. Zdezorientowany chwyciłem podnośnik, który podtrzymywał wcześniej koło UAZa i krzyknąłem do Iwony – Biegniemy, szybko! Biegnąc po autostradzie z żaba w ręce zaskoczył nas radiowóz na sygnale. Spojrzeliśmy z Iwoną tylko na siebie, spuściliśmy głowy i wsiedliśmy do środka. Po drodze policjant starał wydobyć z nas informację i zrozumieć sytuacje co robiliśmy w dwójkę biegnąc po autostradzie z podnośnikiem w ręku. Nakreśliliśmy sytuację nie wgłębiając się w szczegóły i przekazaliśmy, że przyjaciel czeka na pewno na nas przy pierwszym zjeździe. Policjant zdążył jeszcze spytać czy kolega chciał abyśmy zginęli na tej drodze, ale nie zdążył otrzymać odpowiedzi. Martwą cisze przerwał widok naszego pojazdu czekającego na parkingu. To ten!- oznajmiliśmy. Podjechaliśmy, ale w pojeździ nie było nikogo. Po chwili niezręcznej ciszy z pobliskiej toalety wyszedł Tomasz mając na twarzy strugi oleju jakby przygotowywał się do desantu w dżungli. Policjant spojrzał na nas ze zdumieniem i zadał jedno zasadnicze pytanie: Czy leci Wam z pojazdu olej? My spoglądając na zmianę na siebie i na Policjanta, widząc nasze twarze i nie tylko zalane w oleju, jednogłośnie oznajmiliśmy – „NIE!!! To jest niemożliwe”. Policjant zaświecił latarka pod auto, ale teraz pogoda była po naszej stronie. Na mokrym asfalcie nie był w stanie niczego dostrzec. Poprosił więc o dokumenty i tutaj pojawił się kolejny problem. Byliśmy pochłonięci tak pracami, że nie zdążyliśmy przerejestrować pojazdu a dokumentacja wymagała wożenia ze sobą całego segregatora. Przekazaliśmy więc całość dokumentacji a Policjant nie wiedząc co ma z tym zrobić, udał się do radiowozu zgłosić zajście. Po kilku minutach wrócił oddając nam segregator i spytał ile jeszcze zamierzamy się naprawiać na tym parkingu. Oznajmiliśmy, że potrzebujemy góra dwóch do trzech godzin i znikniemy. Otrzymaliśmy tylko ostrzeżenie, żeby nie zamieniło się to w dwa lub trzy dni oraz zapewnienie, że przyjedzie on sprawdzić czy dotrzymaliśmy słowa. Wymuszona przerwa w podroży pozwoliła Iwonie I Tomkowi na zwiedzanie malowniczej okolicy i tamtejszego zamku, a mnie pozwoliła obejrzeć UAZa dokładniej od spodu. Zaczęło się robić późno więc ruszyliśmy w kierunku sprawdzonego już miejsca noclegowego i dzień zakończyliśmy nad Jeziorem Bodeńskim.

ostatnie dni wyprawy

25.08- 30.08

Kolejne dni to podróż przez Niemcy, Czechy i Polskę. Skorzystaliśmy z uroków Bawarii, stolicy Czech oraz pięknych krajobrazów gór w naszym rodzimym kraju. Tym razem udało się bez przykrych niespodzianek wrócić korzystając już tylko z tylnego napędu. Zdążyliśmy się też przyzwyczaić do metalicznych dźwięków spod podłogi naszego pojazdu. Całą drogę towarzyszył nam dźwięk jakbyśmy szorowali bez kół po drodze usłanej metalowymi łańcuchami. Te spokojne dni wypełnione zwiedzaniem zakończyły naszą wyprawę.

Dołącz do nas

obserwuj #nauazach

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit sed.

Obserwuj nas