We wcześniejszych latach załogi Ciuralla Squad oraz nic nie Skodzi (w latach 2015 i 2016), a także ale o fso poldzi? (2016) miały przyjemność wzięcia udziału w największym w Europie rajdzie charytatywnym Złombol. To cykliczna impreza mająca na celu wsparcie dzieci ze śląskich domów dziecka poprzez organizowanie przejazdów autami z czasów PRL do różnych zakątków Europy i nie tylko. W rajdzie mogą wziąć udział tylko samochody komunistycznej i postkomunistycznej koncepcji i produkcji. Warunkiem uczestnictwa jest pozyskanie od darczyńców kwoty ponad 1500 zł na każdą ekipę. Darczyńcy w zamian za wsparcie otrzymują powierzchnię reklamową na aucie uczestników. W 2016 roku tczewska ekipa ale o fso poldzi? była pierwszą z tego miasta i mimo debiutu w tego typu akcji zebrała sporą sumę ponad 5000 zł, a łącznie zebrano ponad 1 000 000 zł. W 2017 roku oprócz kolejnej podróży i przygody (już poza Złombolem) zdecydowaliśmy się pod wspólną banderą Eastern Classics on Tour nadać całej wyprawie również charytatywny aspekt. Jako tczewianie chcieliśmy zadziałać na rzecz naszego regionu. Nawiązaliśmy kontakt z Fundacją „Hospicjum Pomorze Dzieciom”, gdzie jedną z podopiecznych jest 11-letnia tczewianka Paulinka Citkowska, cierpiąca od urodzenia na gładkomózgowie. Wzorując się na doświadczeniu z udziału we wcześniejszym rajdzie charytatywnym Złombol, zrobiliśmy podobną akcję. Mianowicie, udostępniliśmy powierzchnię reklamową na autach, które wpłaciły dowolne środki bezpośrednio na konto Fundacji. Naklejki z logami firm zostały na autach (no oprócz Skody, ale o szczegółach możecie dowiedzieć się z poniższej relacji) przez około rok czasu - do kolejnej wyprawy. Poza tym wszelakie zdjęcia i filmiki na bieżąco publikowane są na naszej stronie i fanpejdżach, a także w mediach typu TV, prasa. Wiele firm wspierających start w Złombolu zaufało nam i zdecydowało się na kolejną pomoc w następnym roku. Tego roku działaliśmy całkowicie niezależnie, lecz nadal na takiej samej zasadzie – chcieliśmy pomagać. Razem z dwiema poznanymi ekipami podczas Złombola zdecydowaliśmy się pojechać w przeciwnym kierunku niż ucywilizowana Europa. Jako bydgosko-tczewska kolaboracja złombolowych ekip ale o fso poldzi? (UAZ 469 rok ’87), Ciuralla Squad (UAZ 469 rok ’86) oraz nic nie Skodzi (Skoda Forman rok ’92) mieliśmy zamiar poprzez Ukrainę, Rosję i Kazachstan dotrzeć do Kirgistanu i szacowaliśmy pokonać łącznie 13000 km. Zapraszamy do krótkiej lektury z podróży.
Na starym rynku w Bydgoszczy spotkaliśmy się grupą znajomych i bliskich, którzy przyszli nas pożegnać. Niestety do samego końca trwała walka z UAZem Ciuralli. Jak wiadomo walka z UAZem nie jest równa, on zawsze ma przewagę. Z godzinnym opóźnieniem Pan Wice Prezydent Bydgoszczy Kozłowicz oraz przedstawiciel Automobilklubu Bydgoskiego Pan Stanisław Kosowski wystartowali nasz rajd i odprowadzili w asyście zabytkowych aut do granicy miasta. Myśleliśmy że się udało, niestety szczęście nie trwało zbyt długo. Tczewski UAZ oraz Skoda były znacznie przeładowane przez co pierwszy postój serwisowy mieliśmy już w Stryszku, pod Bydgoszczą. Z małymi problemami udało się dostać i zamontować nowe sprężyny o znacznie lepszych parametrach i już po 4 godzinach byliśmy w drodze.
O godzinie z 7:30 udało nam się dotrzeć do przejścia granicznego z Ukrainą w Hrubieszowie. Dość spora kolejka spowodowała że spędziliśmy tam około 4 godzin. Na szczęście odprawa nie była zbyt długa ani drobiazgowa i udało nam się przewieźć całe jedzenie przez granicę. Ok, teraz jesteśmy na Ukrainie, dla części z nas była to pierwsza wizyta w tym pięknym kraju. Pierwszaki byli zaskoczeni i zdziwieni tym co tu zobaczyli. Takie małe cofnięcie w czasie o jakieś 25-30 lat. Najważniejsze że minęliśmy granicę. Dużo stresów puściło i wreszcie był czas na pierwszy posiłek. Mała regeneracja sił i dalej w drogę bo przed nami około 1000km do następnej granicy.
Dzień rozpoczęliśmy o północy w Kijowie bardzo szybkim zwiedzaniem w formie przejazdu przez miasto. Od Kijowa drogi zaczęły się stopniowo pogarszać. O ile pierwsze 100 km nadrobiliśmy czasu i UAZy szły jak złe, o tyle później prędkość osiągalna spadła do 50 przez jakość dróg. Drogi głównie z płyt betonowych z dużą ilością dziur i łat, pamiętając jeszcze czasy Związku Radzieckiego. Około godz. 11 dotarliśmy do miasta Sumy przy granicy z Federacją Rosyjską. I tu zaczęły się schody. Czarny UAZ miał tylko jeden bieg i to najwyższy - bo 4. Dotoczyliśmy się do kordonu na granicy z Rosją i zaczęliśmy szukać problemu. Diagnoza - wysprzęglik, którego oczywiście nie mieliśmy w zapasie. Wróciliśmy do Sum. Jest tam bardzo fajne targowisko na którym znajdziecie wszystko do samochodów nowych i używanych. W sumie już po zamknięciu sklepu (na szczęście niektórzy lubią uczcić zakończenie pracy kieliszkiem wódki z kolegami), udało nam się kupić brakującą część. Powrót do UAZa na granicę - wymiana, kolacja i w drogę. Liczyliśmy, że nic złego nas już nie spotka. Godzina 20:30, wjeżdżamy na przejście. Ukraińscy pogranicznicy przemili, sympatyczni, otwarci. Naprawdę miłe zaskoczenie i kolejny udany przemyt jedzonka. Teraz czas na Rosyjską Federacje. Pierwsza bramka – spokojnie. Podjeżdżamy na drugą i wypełniamy dokumenty. Podchodzimy do okienka i oczywiście nikt z nas nie zna rosyjskiego, a u nich angielskiego. Językiem migowo-słowiańskim przeszliśmy kontrolę paszportów. Kolejna stacja - kontrola celna i szczegółowe sprawdzenie samochodów, bagaży i nas. Teraz ostatni elementy kontroli. Po co, gdzie, dlaczego, itp... Trzy dokumenty, z czego jeden całkowicie po rosyjsku! I tym języku musieliśmy wypełniać - cyrylicą. Na szczęście na granicy do kontroli stał z nami Ukrainiec, pracujący kiedyś w Polsce, Jewgienij. Pomógł nam w wypełnieniu dokumentów. Pogranicznicy śmiali się, że byśmy tam stali i zastanawiali się jak to wypełnić do końca ważności wizy. Nas to nie śmieszyło. Tym pięknym sposobem po 4 godzinnej odprawie jesteśmy w Rosji. Północ, zakładamy obóz i rozpoczynamy regenerację.
Wreszcie wyczekany nocleg. Spaliśmy na stacji benzynowej nieopodal miejscowości Sudża. Zdecydowanie tego najbardziej potrzebowaliśmy zaraz po prysznicu, którego tam niestety nie było. Z samego rana, zaraz po śniadanku i kąpieli w umywalce mieliśmy ruszyć w drogę. UAZ Ciuralla Squad wymagał drobnej naprawy na 20min... która skończyła się około południa, dnia następnego. A to wszystko dlatego, że nowe gumy wału zabrane z Polski, okazały się inne od tych, które są potrzebne... Skoda jako samochód serwisowy dzielnie ruszyła na shopping do miasta. Po długim szukaniu i wizji kolejnej porażki, jedna z Pań w 4 sklepie zniknęła na zapleczu, by wrócić dokładnie z tym czego było nam trzeba. Godzinna naprawa przedłużała się niemiłosiernie, Ułazik tego dnia był bardzo kapryśny. W międzyczasie część grupy ruszyła do miasta. Poznaliśmy tam tubylców, którzy okazali się przemili. Wymienili dolary po dobrym kursie i dołożyli do tego arbuza. Jak się przekonaliśmy arbuz w tych stronach to chyba zwyczajowy podarunek, co krok to jakiś gratisowy arbuz. Ruszyliśmy dalej nad jezioro pod Kurskiem, a Ciuralla miała się w tym czasie pozbierać. Wielkie jezioro pod Kurskiem oczywiście z zakazem kąpieli, ale od kiedy to dla nas problem? Poszukiwania plaży zakończyły się na tyłach supermarketu... Co kraj to obyczaj jak mówią. Z racji braku prysznica od kilku dni (umywalka na stacji to nie prysznic!) zakaz kąpieli nam nie przeszkadzał... Woda - coś niesamowitego, chyba ze 30 stopni. Temperatura była dość podejrzana, zwłaszcza że w oddali widać było kominy elektrowni. Pojawiły się obawy, że możemy w nocy świecić. Po kąpieli wykwintna kolacja przygotowana przez nasze Panie, na parkingu supermarketu. Pojawiło się paru gości... Między innymi policja, którą pokonaliśmy brakiem zrozumienia języka. Po 15 min ``rozmowy`` poddali się. Ciuralla ``naprawiona``, więc mogliśmy ruszyć na poszukiwanie noclegu. Okazało się że jedyny camping w okolicy to ośrodek przygotowań olimpijskich, który przyjmuje tylko sportowców i po 23 nie bardzo jest z kim negocjować. Zatem rozbiliśmy się im prawie pod bramą.
Prawie wyspani po nocnych rozmowach i układaniu puzzli ruszyliśmy znów na shopping... Znaleźliśmy lokalne centrum części do UAZa. Mieli chyba wszystko! Gorzej było z poszukiwaniem gumy do wału od BMW (silnik w Ciuralli). Dwie godziny kręcenia się po mieście zakończył zakup kebaba. I tylko tego.
Po całonocnym teleporcie i kilku przygodach na drodze wjechaliśmy do Saratowa. Odnośnie przygód, to Forman, potocznie zwany Rudym był najlepiej przygotowanym autem wyprawy, szybko dostał miano auta serwisowego i dzielnie pomagał swoim starszym kolegom w ich trudach walki z codziennością. Niestety nie przeżył bliskiego spotkania z samochodem marki MAZ (ciężarówka!). Dzielnie walczył do samego końca i tylko dzięki niemu zderzenie zakończyło się tylko trzema siniakami i guzem. Pomimo swoich małych rozmiarów zniszczył przeciwnika, jednak jego rany były zbyt głębokie... Przegrupowaliśmy się na pozostałe dwa UAZy, pozbyliśmy się trochę zbędnego bagażu i wio. Saratów - piękne i wielkie miasto, pełne ludzi i socrealistycznej architektury. Zaliczyliśmy obowiązkową, szybką kąpiel w Wołdze, rzece granicznej z Azją. Dalej w drogę, zostało 250 km do granicy z Kazachstanem i 5h czasu. Damy radę! No i zaczęły się schody. Trasa na Ozinki okazała się zbyt wymagająca. Maksymalna prędkość 30km/h po asfalcie połączonym z łatami i innym śmietnikiem. Pobocze było w lepszym stanie niż to co nazywali drogą. Dotarliśmy do granicy zmęczeni jak konie po westernie i pojawił się większy problem. Po drodze wkroczyliśmy w inną strefę czasową i byliśmy na granicy nie 23:25 tylko 00:25. Oznaczało to, że wiza Pei-Wen, skończyła się 25 min wcześniej. Duży problem, godzina negocjacji na granicy nic nie dała, trzeba było wracać do Saratowa. Camping rozbiliśmy pod Ozinkami.
Pei-Wen z Tomkiem „Bałaganem” ruszyli taksówką do Saratowa załatwić wizę, a reszta zajęła się reanimacja UAZów. W między czasie kolejni goście pojawiali się jak duchy w książce Stasiuka, policjanci i lokalni gieroje, oczywiście z arbuzami. Nastał wieczór, a nasi kamraci jeszcze nie wrócili, ich telefony nie odpowiadały, przez co czuć było delikatne napięcie. Ponownie przyjechali tubylcy i zaproponowali nam poczęstunek z lokalnych specjałów. Rozsiedliśmy się przy stole, biesiada w języku kazachsko-rosyjsko-polsko miganemu trwała długo. W pewnym momencie został już tylko jeden z gości - Ruslan. Zamówił kebaba z dowozem na nasze obozowisko zwane już Tczewgoszczą, tudzież Tczewbydgostanem. Okazało się, że odpowiednikiem naszego kebaba jest u nich ćwiartka pieczonego kurczaka z worka foliowego. Smakował zdecydowanie lepiej niż wyglądał. O 23 rozpoczęliśmy tańce. Bałagan z Pei-Wen wrócili na już całkiem dobrze rozkręconą imprezę w szczerym polu. O północy zabrzmiało głośne urodzinowe sto lat dla Kasi. Impreza rozkręciła się na dobre, gdy okazało się, że niestety nic nie można załatwić i Pei-Wen musi jechać po nową wizę do ambasady w Moskwie! Długo spieraliśmy się czy jechać z nią czy kontynuować naszą wyprawę. Ostatecznie, decyzją Pei-Wen, podróż kontynuowaliśmy oddzielnie.
Pei-Wen wsiadła do autobusu o 11 i odjechała w stronę Moskwy. My skończyliśmy naprawiać UAZa i ruszyliśmy w drogę na Kazachstan. Na granicy celnik powitał nas słowami ``welcome to Saint Tropez``. Po 40 km wyboistej drogi rozbiliśmy obóz. Pierwsza noc pod kazachskim niebem była naprawdę magiczna! Pobudka na stepie, śniadanie, serwis aut, serwis osobisty i w drogę. Ruszyliśmy szukać lokalnego ``magika``, który będzie w stanie pospawać bagażnik w czarnym UAZie. Po krótkich poszukiwaniach wylądowaliśmy w fabryce okien i drzwi prowadzonej przez 4 braci. Przyjęli nas bardzo miło, oprowadzili po swojej firmie i pomogli nam w potrzebie. Ruszyliśmy na Uralsk. Tuż za granicami miasta ukazały nam się policyjne koguty i kolejna kontrola. Na szczęście magia Bałagana zadziałała, bo nasi nowi koledzy w mundurach oprowadzili nas po mieście. Niezbędny był zakup części do Ciuralli. Potem policjanci pokazali nam miejsce gdzie ``dobrze zjemy``. Lokal bardzo niepozorny za to jedzonko wyśmienite. Lokalnym przysmakiem jest konina i nie mogło jej zabraknąć w naszym menu. Dostaliśmy pierogi z mięsem, makaron z mięsem i ziemniaki z koniną. Jedzenie naprawdę dobre, a koszt nie wyniósł nas więcej niż 5 $ na osobę! Zachowywaliśmy się jak byśmy byli 10 dni na słoikach. Nasi koledzy zabrali Natalię i Kasię na sygnałach do kantoru. Zrobili show na pół Uralska. Śmialiśmy się, że nasza obecność to wydarzenie roku w mieście, w końcu ile osób eskortowane przez policje przejeżdża przez miasto? A teraz jedziemy non stop na Aralsk. Setki kilometrów drogi i niczego wokół...
Całodniowy teleport doprowadził nas do Aralska, miejscowości, która niegdyś była bardzo związana z pobliskim ``morzem`` Aralskim. Dziś z wielkiego morza została tylko pustynia przez co miasto straciło swoją dawną świetność i stało się zwykłą mieściną pośrodku niczego. Kilka kilometrów przed miastem natrafiliśmy na pierwsze stado wielbłądów. Nie mogło zabraknąć sesji zdjęciowej więc konieczny był postój. Po chwili na kucyku przyjechał właściciel stada, pokazał nam wielbłądy, pozwolił robić zdjęcia i opowiedział o hodowli. Poprosił żebyśmy mu wysłali zdjęcia i napisał nam adres na kartce. Nie był to mail jak się wszyscy spodziewali tylko adres jego prywatnego domu. Jakby ktoś był zainteresowany i znalazł się przypadkiem w tych okolicach niech powoła się na nas mamy u niego kg mięsa wielbłądziego po 5zł. Do samego miasta wjechaliśmy późnym wieczorem. Zdziwiła nas ilość dymu na ulicach i ogrom dziwnych zapachów, których źródłem były liczne grille z różnego rodzaju mięsem. Tej nocy zdecydowaliśmy się na hotel, ekskluzywny, za całe 15 zł za osobę! „Najlepszy hotel” w Aralsku miał tylko jedną, ale za to bardzo zachęcającą opinie na tripadvisor.com: ``Najgorsze miejsce, w jakim byłam...``. Zostawiliśmy nasze auta, rzeczy i ruszyliśmy w miasto. Bardzo dużo ludzi było w lokalnym wesołym miasteczku i „klubach”. Lekko wygłodzeni, desperacko ruszyliśmy na poszukiwania jedzenia. Jedyne, co było do wyboru to grillowane mięso. Nie można powiedzieć, że obsługa była zła - jej po prostu nie było. W końcu się doczekaliśmy przyjęcia zamówienia, niestety, co lepsze rodzaje mięsa skończyły się i zostały nam tylko kaczka i kurczak. Do tego czerwony sos z cebulą i chleb. Obyło się bez piwka, ponieważ właściciel, jako muzułmanin nie sprzedaje alkoholu. Najedzeni, ale wciąż wymęczeni ruszyliśmy na podbój miasta. Wylądowaliśmy w najlepszym klubie w mieście. Z zewnątrz wyglądał na całkiem europejski, elegancki klub, za to we wnętrzu królował styl lat 80. z nowoczesnymi dodatkami (kolorowe światła odwalały kawał dobrej roboty). Na parkiecie tańczyło dużo młodych ludzi ubranych bardzo elegancko, niemal weselnie. Pary tańczyły razem, ale jakby osobno, prawie w ogóle się nie dotykając (prawdopodobnie ze względu na religię). Muzyka w dużym stopniu zachodnia, zmiksowana z lokalnymi hitami. Zdecydowanie można było się pobawić. Stanowiliśmy niemałą atrakcje dla lokalnych. Co kilka chwil ktoś nowy nas zaczepiał. Aż w pewnym momencie…
Znaleźliśmy tubylca, który powiedział, że zabierze nas by pokazać opuszczone wraki kutrów na wyschniętej części jeziora. Dla nas była to atrakcja ``must see``, więc opory były niewielkie. Problemem była tylko godzina wyjazdu - jeśli mielibyśmy zdążyć przed wschodem słońca musieliśmy wyruszyć o 3:00. Z racji imprezy i braku kierowców, za kierownicą jednego z aut usiadł „lokales”. Do drugiego auta wsadził swojego kolegę, jako pasażera, w sumie do tej pory nie wiemy, po co. Wiedząc, że jedziemy w głęboką pustynie, odciążyliśmy UAZy maksymalnie zostawiając wszystko co niepotrzebne w hotelu. No to w drogę... Mieliśmy do przejechania około 80 km przez pustynie. Droga okazała się najgorszą, jaką mieliśmy dotychczas do pokonania. „Odin meter dziura” to pikuś przy tym, co widzieliśmy. Przejechanie 60km zajęło nam chyba z 5 godzin. Dotarliśmy do osady pośrodku niczego, głównie zajmującej się hodowlą wielbłądów. Mieliśmy do pokonania podobno 5km do celu... potem znów 5 km i znów 5 km i cierpliwość nam sie skończyła. Zatrzymaliśmy się by zasięgnąć języka u geologów na pustyni. Powiedzieli, że kutry zostały rozebrane i usunięte kilka lat temu. Wywołało to w nas niemałą złość i rozgoryczenie, bo zmarnowaliśmy pół dnia na przejażdżkę po pustyni, po beznadziejnych drogach, zamiast wykorzystać to na regenerację sił. Wróciliśmy do hotelu, szybki serwis, pranie, pakowanie i w dalszą drogę. Kolejne non stop tym razem już do granicy z Kirgistanem, a może i dalej.
Późnym popołudniem dotarliśmy pod granicę z Kirgistanem. Oczywiście wybraliśmy mniej popularną granicę, która okazała się zamknięta ze względu na zły stan dróg. Konieczna była podróż na kolejne przejście graniczne niedaleko miejscowości Talas. Jadąc znaleźliśmy trasę, która biegła przez zaporę. Droga była podejrzanie zagrodzona szlabanem, ale żaden szlaban nie jest dla na przeszkodą. Kiedy byliśmy w połowie zapory z naprzeciwka na pełnej prędkości sunął w naszą stronę samochód. Gdy podjechał bliżej okazało się, że siedzi w nim dwóch policjantów – pierwsza myśl: „Mamy kłopoty”. Wycofaliśmy się powoli za szlaban i grzecznie przywitaliśmy się ze stróżami prawa. No i jak zwykle zadziałała „Magia Bałagana”. Stróże tamy ewidentnie nie wyglądali na zadowolonych, kompletnie nie rozumieli dlaczego akurat wybraliśmy tę drogę skoro ta właściwa była 10 m dalej. Jedynym słusznym językiem - migowo-polsko-ruskim Bałagan „wyjaśnił” sprawę i skwitował krótko: „Czas, czas... My na kordon, musim ujeżdżać. Dasfidania” i pojechaliśmy zostawiając zdezorientowanych stróży z grupką lokalnych dzieci. Kolejna udana i ”bezbolesna” konfrontacja z tutejszą policją zaliczona! Do teraz nie wiemy kto był bardziej zdziwiony - my czy oni. Wjechaliśmy do miejscowości Talas, szybko okrzykniętej kazaskim Las Vegas. Ulice przepełnione były wypasionymi limuzynami, a co jakiś czas widać było grupki elegancko ubranych tubylców. Wokół widniało mnóstwo kolorowych świateł i neonów. Nam imprezy nie w głowie, był najwyższy czas na tankowanie... ale za co? Przy wyjeździe z kraju każdy był doszczętnie spłukany z kazaskiej waluty. Zaczęły się gorączkowe poszukiwania kantoru. Trwało to sporo czasu i tylko dzięki pomocy Jewgieniego, kazacha pochodzenia ukraińskiego, biznesmena prowadzącego sieć kebabów w mieście, udało się znaleźć szybko kantor i dodatkowo przejechać Audi A6. Był już najwyższy czas na kolację potem od razu na granicę.
Przekroczenie granicy było niemałym wydarzeniem. O ile już Kazachstan robił na nas ogromne wrażenie, o tyle przekroczenie granicy z Kirgistanem był kosmosem. Czuliśmy się jak byśmy wjeżdżali do kraju trzeciego świata. Rozpadające się budy tuż za granicą i wszechobecny chaos w środku nocy budził niemałe zdziwienie. JEST SUKCES! DOTARLIŚMY DO CELU, JESTEŚMY W KIRGISATNIE!!!
Zaraz za granicą - pierwsza kontrola milicji. Na szczęście nic poważnego. Pakiet suvenirów w prezencie i jedziemy dalej. Pełni radości ruszyliśmy w poszukiwaniu miejsca na camping. Radość z osiągnięcia celu spowodowała, że sobie trochę bardziej pozwoliliśmy z prędkością i nie trwała zbyt długo. „Niezawodny” UAZ Ciuralla dał o sobie znać –„Łut łut, pach, pach” i stanęliśmy. Linka holownicza i go go Power Rangers. Gdziekolwiek, byle dalej od głównej trasy. Nagle rozbrzmiały koguty i kolejna kontrola milicji. Kolejne pogaduchy... co, gdzie, po co, gdzie śpimy, co robimy… Przekazaliśmy odrobinę suvenirów z Polski. Było ich dwóch, więc trzeba było dołożyć podwójnie. I nagle bez żadnych problemów można ujeżdżać dalej. Doholowaliśmy się w najdalsze miejsce w jakie daliśmy radę i rozbiliśmy obóz. Poranek pokazał nam coś niesamowitego, UAZ wybrał na camping taras widokowy na zaporę Kirov. Wspaniały widok, wielka zapora z lazurową wodą, twarz Lenina wykuta w oddali na tamie, a wokół same góry. Po porannej kawie konieczne było rozdzielenie się grupy. Na pokładzie Czarnego Natalia z Tomkiem „Bałaganem” ruszyli szukać części do UAZa z powrotem do Kazachstanu. Reszcie nie pozostało nic innego jak zajęcia w podgrupach na zabicie czasu. W przeciwieństwie do Ozinki „camp”, tu było co robić. Góry, zalew i piękna okolica pozwoliły na aktywne spędzenie popołudnia, ale nawet to po jakimś czasie okazało się niewystarczające. Po 8 godzinach na słońcu i deficycie wody pitnej stwierdziliśmy, że trzeba się wybrać do najbliższego magazynu (sklepu). Jeden z tubylców powiedział, że miasto jest 2 km od nas. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że miejscowi totalnie nie mają poczucia odległości... złapaliśmy stopa, a miasto okazało się być nie 2, a 20 km od nas. Centrum miasta było targowisko połączone z dworcem busów i taksówek. Samo targowisko jak na europejskie standardy było niecodziennym widokiem. Role budek z towarem pełniły kontenery, a tuż obok skarpetek można było znaleźć worki z fasolą, mięso i lokalnego spawacza. Na ulicach co 15 m leżały stosy arbuzów i melonów. Co jakiś czas miejscowi zainteresowani białymi twarzami robili sobie z nami zdjęcia. Po zakupach z racji dużej odległości od campingu zdecydowaliśmy się na taksówkę (a co, zaszaleć można!). Z krajów, w których byliśmy, Kirgistan wyróżniał się najlepszymi autami, na ulicach można było zauważyć już nowsze i zachodnie pojazdy (mamy wrażenie, że auta z polskich skupów, przeżywają swoją drugą młodość właśnie tutaj). My akurat trafiliśmy na 30-letnie Audi 100, ale było w świetnym stanie – prawie wszystko w nim latało. Dotarliśmy do obozu, a chwile po nas Czarny. Tomek z Natalią spotkali w mieście sprzedawcę części, który tak się przejął naszym problemem, że rzucił wszystko aby tylko zająć się nimi. Jedną ręką dzwonił, drugą pisał wiadomości. 15 telefonów, dużo zamieszania, twarde negocjacje i łapa do silnika i wiatrak załatwione! Zwycięstwo! Wrócili z tarczą. Wymęczeni po całym dniu walki ze słońcem postanowiliśmy się wykąpać w… zalewie. Nie była to kąpiel rekreacyjna, bynajmniej! Szampony i żele poszły ruch. Chłodna woda była jak zbawienie, a z tak dużej ilości koniecznie trzeba korzystać (nie wiadomo kiedy następny prysznic). Czyści i pachnący ruszyliśmy zaspokoić nasze brzuchy i napełnić je zawartością kolejnych słoików. Wieczory w Kirgistanie są bardzo chłodne, padł więc pomysł żeby rozpalić ognisko. Pojechaliśmy załatwić drewno. Zatrzymaliśmy się przy pierwszym budynku przed miastem. Okazało się że jest to magazyn sprzedający fasolę. Przywitali, ugościli, wspaniali ludzie. Dostaliśmy wodę i drewno zupełnie za darmo. Dzień zakończyliśmy przy ognisku, pod gwiazdami przy muzyce akordeonu i śpiewach bawiących się nieopodal lokalesów.
Pobudka skoro świt i serwis UAZa. Oczywiście nie obyło się bez samochodowych kaprysów, więc konieczny był kolejny (ale mały) shopping w mieście. Przy kolejnym serwisie okazało się, że nie obędzie się bez pomocy lokalnej „złotej rączki”. Pojechaliśmy do naszych znajomych od drewna i fasoli i zapytaliśmy gdzie takiego znajdziemy. Polecił nam iść coś zjeść podczas kiedy on sam sprowadził spawarkę z operatorem. Poszliśmy na obiad do najlepszej knajpy w mieście, z polecenia zamówiliśmy baraninę. Mięso dobre, podawane na gorącym kamieniu, jeszcze skwierczące i bardzo, bardzo tłuste. Okazało się wcale nie takie tanie jak przypuszczaliśmy, ale nie ma się co dziwić - w końcu najlepsza knajpa, prawie ekskluzywna i miała aż 3 gwiazdki sanepidu w kategorii czystości. Wróciliśmy do naszego znajomego, który już zdążył załatwić spawarkę. Szybka akcja zamieniła się w potrójną awarię. Udało się wszystko pospawać, ale okazało się, że zmieniło się położenie wiatraka i przy pierwszym odpaleniu odpadły wszystkie łopatki. Ruszyliśmy na kolejne zakupy i na szczęście udało się znaleźć dokładnie taki wiatrak jak potrzebujemy. Z racji późnej pory zdecydowaliśmy się zaryzykować i ruszyć w drogę bez wiatraka. Po kilku kilometrach padła decyzja o zdjęciu maski i dalszą drogę kontynuowaliśmy z gołym silnikiem Ciuralli. Kilkadziesiąt kilometrów później, w całkowitej ciemności, na jednym z podjazdów UAZ zdecydowanie się zbuntował i jak zawsze zadecydował o rozbiciu obozu. Noc była baaardzo zimna.
Rano kolejna niespodzianka. Po otwarciu zabunkrowanych drzwi samochodów naszym oczom ukazała się piękna dolina. Wokół było kilka jurt pasterzy. Rozproszone stada koni i kóz pasły się wzdłuż strumienia. Widok niczym kadr wyciągnięty z bajki. UAZ jak zwykle nie zawiódł w doborze miejsca postoju. Przed ruszeniem w dalszą podróż zdecydowaliśmy się na zwiedzenie okolicy. Zostaliśmy ugoszczeni przez pasterzy w okolicznych jurtach. Tuż po wejściu podano nam kumys - lokalne „lekarstwo” (a przynajmniej tak nam powiedziano). Napój wydobywany z wielkiej beczki wyglądał trochę jak polskie zsiadłe mleko, za to smakiem przypominał sfermentowany oscypek w płynie z aromatem końskiego mleka. Nie wszystkim przypadł do gustu, ale kultura nakazuje wypić co najmniej połowę podanego napoju, inaczej można obrazić gospodarzy (jak mus to mus - do dna!)
Po rozmowie naszym ulubionym językiem, małżeństwo pokazało nam swoje gospodarstwo, a pani gospodyni zademonstrowała i nawet pozwoliła wydoić klacz. Później wsadzili nas na konie i puścili wolno abyśmy sami mogli pozwiedzać okolice i posmakować tutejszych obyczajów. W czasie kiedy jedni jeździli na koniach, inni słuchali opowieści. Kirgizi okazali się niesamowicie przyjaznymi ludźmi, których opowiadania (pomimo naszej kiepskiej znajomości języka) były naprawę fascynujące. Mówili nam o sobie i o swoich zwyczajach. Jurty budowane z drewna obijali owczą wełną, która przypominała gruby filc. Każdy element budulcowy miał swoją własną nazwę, a u zwieńczenia dachu było coś na kształt pokrywy, na której była… bateria słoneczna! Idealne połączenia tradycji i nowoczesności. Trafiliśmy akurat w okres kiedy pasterze wyprowadzają się w góry w celu wypasu zwierząt, trwa to około pięciu miesięcy w roku. W okresie zimowym wracają do niżej położonych pobliskich miasteczek i wsi. Dzieciaki do 15 roku życia idą wtedy do szkoły, a rodzice zajmują się zwierzętami w zagrodach oraz obróbką skór i mięsa. Jedną z anegdotek było to, że w Kirgistanie co jakiś czas goszczą na wakacjach gwiazdy Hollywoodu – Sylvester Stalone, Meryl Streep czy Whitney Houston, a Jackie Chan co roku spędza wakacje nad Issyk Kuul. Po gościnie wróciliśmy do naszych UAZów. W ramach odmiany padł pomysł żeby ruszyć na szczyt pobliskiej góry (jednej z tych, które tworzyły malowniczy krajobraz). Nie wszyscy dali radę dotrzeć na szczyt gdyż „pobliska góra” okazała się mieć 3772 m n.p.m!!! Zdobycie jej nie było takie proste jak wcześniej przypuszczaliśmy, szczególnie, że podejście było bardzo strome i kamieniste, a o wytyczonej ścieżce można było pomarzyć. Wybraliśmy się na trekking bez żadnego przygotowania, ale widok z góry był wart każdego wysiłku. Późnym popołudniem ruszyliśmy w dalszą drogę. Okazało się, że podjazd, na który wjeżdżaliśmy ma 3326m! Jest to najwyższy punkt na jaki udało nam się dotychczas wjechać! Na tablicy z wysokością znaleźliśmy wlepkę naszego znajomego Arkadego Fidlera. Dołożyliśmy tam naszą i dalej ruszyliśmy w drogę na Biszkek. Wieczór i noc spędziliśmy w Mountain Hostel, jedynym zalążku cywilizacji w usianych serpentynami górach.
Kolejny niezwykły poranek. Po pierwsze - po otwarciu drzwi naszego domku ukazała się piękna panorama gór Tien-shan. Po drugie - noc spędzona w normalnym łóżku była spełnieniem dwutygodniowych marzeń. A po trzecie - wreszcie normalny prysznic! Prawie normalny bo ciepłej wody starczyło tylko na jedną osobę. Ruszyliśmy dalej w kierunku Biszkeku... Droga do stolicy Kirgistanu prowadziła przez góry i góreczki. Długie podjazdy wykańczały powoli silniki UAZów, a niebezpieczne zjazdy wymagały częstych postojów na chłodzenie hamulców. Kiedy wreszcie zjechaliśmy w dół doliny, droga biegła wzdłuż krystalicznego strumienia pomiędzy górami liczącymi po 4 tysiące metrów. Widok zapierał dech w piersiach. Przedmieścia Biszkeku zaczęły się już ponad 40km przed miastem. Było to zupełnie coś innego, niż to co widzieliśmy dotychczas w tym kraju. Ulice były zatłoczone, a na poboczach stało pełno samochodów, próbujących się włączyć do ruchu (niekoniecznie w bezpieczny sposób). Pasów było tyle ile zmieściło się samochodów, czasem 2, a czasem nawet 5, wszystko było kwestą fantazji kierującego. Przedmieścia Biszkeku to przede wszystkim ogromna giełda samochodowa, przypominająca wystawę starych samochodów. Najnowsze auta jakie można było tam nabyć miały jakieś 15 lat. Za giełdą znajdowała się dzielnica mechaników. Każdy budynek, był warsztatem samochodowym, a pracownicy każdego z nich mieli pełne ręce roboty. Niektóre warsztaty wyglądały prawie jak te, do których jesteśmy przyzwyczajeni, jednak większość to po prostu kawałek betonu z narzędziami. Na końcu ulicy znajdował się targ, na którym zakupiliśmy potrzebne części do UAZa. Mieli dosłownie wszystko i to od ręki w 100% oryginalne (nawet w Polsce nie udałoby się tak szybko tego załatwić!). Bliżej centrum miasta odnosiliśmy wrażenie, że jest to zupełnie inny świat niż prowincja. Pojawiali się ludzie o białej skórze, zarówno lokalni jak i turyści. W samym sercu miasta, pomiędzy budynkami rodem z socrealizmu znajdowało się centrum handlowe. Wyglądało dość europejsko, z tym wyjątkiem że nie było klimatyzacji (albo po prostu nie była w stanie przerobić tej temperatury). Każde z pięter miało inny rodzaj asortymentu: elektronika, ciuchy, biżuteria i kosmetyki, a na samej górze pamiątki i starocie z czasów ZSRR i nie tylko. Miłośnik tego rodzaju rzeczy mógłby tam stracić majątek (kieszonkowa srebrna Omega za 650 dolarów!). Po zakupach udaliśmy się na ostatni posiłek w Kirgistanie. Pyszne mięso baranie podawane w europejskich standardach podniosło morale wszystkich uczestników wyprawy. Czas wyruszyć w drogę powrotną do Polski…
Przejście graniczne było położone naprawdę blisko miasta, a w kolejce stała duża ilość pieszych. W pewnym momencie podeszła do nas rodzina i powitała nas w naszym ojczystym języku. Wywołało to u nas niemałe zdziwienie. Ponad 6000 km od domu, w milionowym mieście spotkaliśmy Polaków! Okazało się, że jest to przemiłe małżeństwo z Nowego Sącza, które przyjechało na okres próbny do pracy w Ałmatach w Kazachstanie. Opowiedzieli nam o życiu i pracy z Kazachami oraz o realiach mieszkania w tym dziwnym kraju. Ich zdziwienie było duże gdy usłyszeli, że udało nam się dotrzeć tak daleko bez znajomości języka rosyjskiego (można? można!). Ich obecność na kirgisko - kazaskiej granicy spowodowana była zakończeniem 30-to dniowej wizy i musieli opuścić Kazachstan na minimum 12 godzin. Niestety zostaliśmy rozdzieleni, pogranicznicy ich rozpoznali i zaprowadzili na „osobistą rewizję”. Takie działania nie do końca są legalne przez co musieli prawdopodobnie uiścić „zwyczajową” opłatę graniczną. Za granicą mały serwis UAZów i w drogę. Przed nami prawie 3000km po stepach Kazachstanu i deadline na opuszczenie Rosji, czyli 01.09. Dniami i nocami jechaliśmy żeby tylko nie dopuścić do sytuacji podobnej z Pei-Wen, a UAZy standardowo nam w tym nie pomagały. Ale udało się. Opuszczamy Rosję, weekend spędzamy na Ukrainie w Kijowie i u naszych przyjaciół w Równym. Wdomach meldujemy się 03.09., czyli po 23 dniach wojaży.
Droga była usiana całym mnóstwem przygód pełnych wspaniałych wzlotów i spektakularnych upadków. Jednak nic tak naprawdę nie stanęło na drodze do osiągnięcia naszego celu! Wszyscy wróciliśmy cali i prawie w jednym kawałku. Prawie bo jak głosi mądrość ludowa - ``część swojego serca zostawiasz tam gdzie choć w części odnalazłeś swoje ja``. Jako grupa podróżników połączyliśmy przyjemne z pożytecznym. Realizując pasje, podróżując nietypowymi autami, co zwiększa zainteresowanie mediów nie tylko lokalnych, oraz społeczeństwa. Dlaczego więc nie wykorzystać tego w słusznym celu? Chcieliśmy działać lokalnie, promując tutejsze firmy, jednocześnie komuś pomagając. Cały schemat działa na zasadzie koła. Darczyńcy zyskują reklamę, Paulinka wsparcie w postaci specjalistycznej opieki i niezbędnych środków, a my przy okazji organizacji urlopu mamy ogromną satysfakcję z pomocy, którą ofiarują przedsiębiorstwa i osoby prywatne na rzecz małej bohaterki. Całą akcję możemy uznać za sukces, gdyż udało się uzbierać prawie 8000 zł, a przelewy wpływają nawet po naszym powrocie!