Tomek Brzyski ``Bałagan`` 06.10.1983 - 24.07.2025
Bałagan, Bałagan - odbiór,
Bałagan, Bałagan - odbiór.
Cisza... To pewnie tylko przez rozładowaną krótkofalówkę. Zaraz, jak tylko odnajdzie się w swoim życiowym rozgardiaszu złapie za ładowarkę z działu IT, podepnie pod przetwornicę, podładuje akumulatorki i na pewno się odezwie. Zawsze przecież w końcu się odzywał. Tak, jak po obejrzeniu sesji corocznego 24-godzinnego wyścigu Le Mans, który całkowicie odrywał Go od rzeczywistości w której był obecny ciałem, ale nie duchem. Tak, jak po wymagających wejściach górskich, przykładowo na turecki szczyt Ararat w Turcji, czy też kaukaski Kazbek. Tak, jak na powrocie z objętej wojną Ukrainy. Zawsze dawał oznakę życia.
Życia bardzo kolorowego, bogatego w przygody i przeróżne perypetie, o których można by wydać tomik tragikomicznych powieści. Po prostu bywał w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie,a niekiedy sam sobie generował te sytuacje. Nie znosił nudy, a nuda nie znosiła Jego. W tym momencie możemy sobie Go wyobrazić w jednej z ulubionych koszulek z napisem Troublemaker. Potrafił sobie poradzić w każdej sytuacji czego niejednokrotnie dowodził podczas licznych wypraw uazowych, w czasie których był nawigatorem i głównym mechanikiem, a Jego zdolności lingwistyczne kiedy uruchamiał się tryb international translator pozwalały porozumieć się i dogadać nawet z rdzennymi mieszkańcami Tadżykistanu. Zawsze był otwarty na nowe przygody powtarzając „nie wiem co to za pomysł, ale ja mogę być kierowcą”. Po prostu prawdziwy Kapitan Bomba.
Ale tak samo jak angażował się we wszystkie wesołe inicjatywy, przygody i wyprawy, tak też potrafił działać z pomocą dla pokrzywdzonych, jak za naszą wschodnią granicą. Od pierwszych dni rosyjskiej napaści na Ukrainę przewoził ludzi przez granicę do naszego kraju. Brał udział w bardzo trudnych akcjach humanitarnych przewożąc tony pomocy żywnościowej i materialnej, niosąc wsparcie na Wielkanoc w Buczy i Borodziance, pomoc dla wyzwolonego i zrujnowanego Iziuma, rozdając żywność ostrzeliwanym Bachmucie. W czasie trwania wojny został też ojcem chrzestnym córki ukraińskich przyjaciół od wielu lat mieszkających w Polsce.
Tomek brał udział też w przedsięwzięciach na rzecz podopiecznych fundacji „Pomorze Dzieciom” czy „Mam marzenie” sprawiając, że pojawiały się uśmiechy na twarzach najmłodszych.
Jednak największym wyrazem Jego pomocy została obdarzona Natalia …. I kto by pomyślał, że po pierwszym wrażeniu jakim się zaprezentował na kempingu pod Wenecją podczas rajdu Złombol w 2016 roku, kiedy to strudzony warunkami podróży w roli pilota delikatnie wypadł z Uaza, obojga ich połączy silna miłosna więź. Kto by przypuszczał, że los tak poplącze ich historie, aby niespełna rok później mogli w Kirgistanie zacząć pisać swoją wspólną. Od tego czasu zaczęli budować swoją wspólną przyszłość, składać klocek po klocku niczym LEGO swój najbardziej drogocenny zestaw, który będzie musiał zostać odłożony do gablotki niedokończony.
Dla ukochanej Żabci Papci, jak Ją nazywał, poświęcił dotychczasowe życie w Bydgoszczy i przeprowadził się do Tczewa. Sam żartował, że chciał posmakować życia na wsi. Bardzo szybko się zaaklimatyzował w nowej rzeczywistość, a zapewne łatwiejsze to było dzięki otwartości w kontaktach z ludźmi oraz umiejętności koszenia trawy sierpem. Potrafił się odnaleźć, będąc bez telefonu, w Petersburgu nawet po odjeździe inną linią metra niż reszta załogi wsiadająca na tym samym peronie.
Swoim sposobem życia, chęcią eksplorowania świata zaraził szybko, na całe szczęście, pochłoniętą pracą Natalię odrywając Ją od natłoku obowiązków i pokazując piękno otaczającego świata. I choć cały czas docierali się we wspólnym, partnerskim życiu dopasowując odpowiednie klocki, to myślę że nikt z nas nie ma wątpliwości, jak wzajemnie się kochali. Stawiali przed sobą wspólne cele i realizowali marzenia. Jednym z nich, i to jeszcze przed ślubem, było posiadanie własnego domku na kółkach, który w każdej chwili będzie można przestawić choćby kilkadziesiąt kilometrów. Po jednej z ostatnich wyprawowych nocy, którą spędził pod uazem i obudził się w potoku spływającego deszczu powiedział - dość. Najwyższa pora zaznać trochę wygody i tym sposobem przesiedli się do kampera, w którym mogli spędzać wspólnie chociażby tylko weekendy. Niekiedy tylko weekendy, nieraz też dłuższe i dalsze wojaże, ale najważniejsze że razem, najczęściej sami w swoim własnym światku.
Oboje w pewnym momencie wydawałoby się przewartościowali swoje życie stawiając na wspólnie założoną rodzinę, aż w końcu pojawiła się na świecie upragniona córeczka Nina. Owoc miłości, który jak żadne inne spoiwo spaja rodzinę. Owoc, który dojrzewał będzie już tylko pod opieką matki. A jeszcze niespełna 2 lata temu podczas 40 urodzin mówił o tym, jaki jest szczęśliwy dzięki Natalii i że do pełni brakowało im już tylko potomka. Mówił o tym, co będzie chciał dziecku pokazać i czego nauczyć.
Jak we wspomnianym wcześniej wyścigu Le Mans, który polega na tym aby wykonać jak najwięcej okrążeń, tak w kółko i w kółko można powtarzać to samo. Podobnie było z Tomkiem, który przez swoją upartość i uosobienie dalej stawiał na swoim, mimo ciągłego zwracania uwagi. Tak jak Natalia powtarzała prośby, aby w końcu wyniósł choinkę, On uparcie powtarzał, że po majówce wyrzuci. Tak jak Ona zawsze w większym towarzystwie uciszała ton Jego wypowiedzi, tak Tomek po zredukowaniu poziomu decybeli o kilka stopni, po dwóch minutach podnosił głos o kilkanaście punktów. Tak jak Natalia zaczynała jakąś opowieść, tak On zaraz się wtrącał i przedstawiał ją po swojemu. Aż w końcu, tak jak Natalia nie potrafiła zgodzić się na motocykl, tak Tomek nie potrafił całkowicie go wyrzucić ze swojego życia.
…Swoją postawą utwierdzał nas w tym, o czym sam często powtarzał, mianowicie jeżeli coś można zobaczyć, posmakować czy zrobić teraz, to trzeba to zrobić teraz, bo później może nie być okazji. Myślę, że na tyle ile Go znaliśmy, chyba każdy z nas może powiedzieć sobie w duchu, że naprawdę dużo wyciskał ze swojego, zdecydowanie za krótkiego, żywota. Wszystko i wszędzie, już, teraz. Nie później, nie kiedyś, nie zaraz. Działamy teraz, chyba że chodzi o wyniesienie śmieci. Nie przejmujemy się przeciwnościami losu, nie przejmujemy się usterkami w uazie, które nie mają wpływu na prędkość. Jedziemy.
Żeby nie było tak kolorowo to Tomek też bywał irytujący. Ale chyba najbardziej wkurzył nas wszystkich tym, że nas tutaj zostawił. Bez swoich kolejnych anegdotek, czasem przekoloryzowanych opowieści, donośnego głosu, towarzyszącemu jego osobie wszędobylskiemu bajzlowi i rumorowi. Ale to nic Bałagan. Czekaj na nas. I tam dotrze ekspedycja stacja.
No właśnie, Bałagan. Większość z nas wie, że taką właśnie Tomek miał ksywkę. Ci co Go chociaż ciut bliżej poznali to na pewno wiedzą dlaczego. W towarzystwie - zawsze przebojowy, wodzirej ze swoim donośnym głosem. Po niedzielnym obiedzie jak już wszyscy wstali od stołu, od razu można było wytypować miejsce, gdzie siedział Tomek spoglądając na obrus wokół talerza czy podłogę pod krzesłem. Plama od keczupu na koszuli? Podaj mi musztardę - mówił. Zgubione telefony liczył już chyba na palcach u stóp. Takich sytuacji można by wymieniać bez końca.
I choć każdy z nas odczuwa wewnątrz siebie inną stratę razem z Jego odejściem, postarajmy się zapamiętać tą barwną, można by rzec wielowątkową postać Bałagana, jakiego poznaliśmy i do jakiego się przyzwyczailiśmy.
Tomku, bo przecież nie Tomaszu, widzimy się na Nordkappie.I choć każdy z nas odczuwa wewnątrz siebie inną stratę razem z Jego odejściem, postarajmy się zapamiętać tą barwną, można by rzec wielowątkową postać Bałagana, jakiego poznaliśmy i do jakiego się przyzwyczailiśmy.
